7. Louis
Po lekcjach stoję akurat przy szafce, gdy podchodzą do mnie moje koleżanki, Morgan, Madison i Megan. Sierra mówi na nie Emki z Fairfield.
Morgan przytula mnie.
— Jezu, wszystko okej? — pyta i odsuwa mnie na odległość ramienia, żeby mi się przyjrzeć.
— Słyszałam, że Colin stanął w twojej obronie. Jest niesamowity. Szczęściarz z ciebie. — mówi Madison, a będące jej znakiem rozpoznawczym loczki podrygują przy każdym słowie.
— Nic się takiego nie stało — mówię, zastanawiając się, jak wygląda plotka w porównaniu z rzeczywistością.
— Co właściwie powiedział Harry? — pyta Megan. — Caitlin zrobiła Harremu i Colinowi zdjęcie na korytarzu, ale nie bardzo widać, co się działo.
— Nie spóźnijcie się na trening — krzyczy Darlene z drugiego końca korytarza i znika równie szybko, jak się pojawiła.
Megan otwiera sąsiadującą z moją szafkę i wyciąga pompony.
— Wkurza mnie, że Darlene tak się podlizuje pani Small — szepcze.
Zamykam szafkę i idziemy razem na boisko.
— Wydaje mi się, że stara się skupić na tańcu, żeby nie przejmować się wyjazdem Tylera do college’u.
Morgan przewraca oczami.
— A co mnie to obchodzi. Nie mam nawet chłopaka, więc na moje współczucie niech nie liczy.
— Na moje też nie. Serio, czy ona kiedykolwiek była sama? — pyta Madison.
Gdy zjawiamy się na boisku, cała drużyna cheerleaderek siedzi na trawie i czeka na panią Small. Ja zawsze towarzyszę dziewczynom, żeby być bliżej Colina. No i co?
Nie spóźniliśmy się.
— Ciągle nie mogę uwierzyć, że jesteś w parze ze Stylesem — mówi do mnie cicho Darlene, gdy znajduję sobie obok niej wolne miejsce.
— Chcesz się zamienić? — pytam, choć pani Peterson i tak by się nie zgodziła. Wyraziła się w tym temacie bardzo jasno.
Darlene wywala z obrzydzeniem język i szepcze:
— W życiu. Nie zadaję się z tymi z południa. Nigdy nic dobrego z tego nie wynika.
Pamiętasz, jak w zeszłym roku Alyssa McDaniel chodziła z tamtym chłopakiem... jak mu tam?
— Z Jasonem Avilą? — pytam cicho.
Darlene wzdryga się lekko.
— W ciągu kilku tygodni z fajnej dziewczyny zamieniła się w wyrzutka. Dziewczyny z południowej części miasta nienawidziły jej za to, że zabrała im jednego z chłopaków, a z nami też przestała się zadawać. Biedna parka została odcięta od świata. Na całe szczęście Alyssa z nim zerwała.
Pani Small idzie do nas z odtwarzaczem CD, skarżąc się, że ktoś odłożył go w inne miejsce niż zwykle i że dlatego się spóźniła.
Trenerka każe im się rozciągać, a Sierra podchodzi do mnie, żeby mi coś powiedzieć.
— Masz problem, Louis — mówi.
— Czemu?
Sierra ma „nadprzyrodzony” wzrok i słuch, wie o wszystkim, co się dzieje w Fairfield.
Moja najlepsza przyjaciółka mówi:
— Podobno szuka cię Carmen Sanchez.
O nie. Carmen to dziewczyna Harrego. Staram się nie panikować i nie wyobrażać sobie najgorszego, ale Carmen jest bezwzględna: od swoich polakierowanych na czerwono paznokci po czarne kozaki na obcasach. Jest zazdrosna, bo siedzę razem z Harrym na chemii, czy może myśli, że doniosłem dziś na niego dyrektorowi?
Prawda jest taka, że to nie ja doniosłem. Zostałem wezwany do gabinetu doktora Aguirre, bo ktoś widział poranne zajście na parkingu i przed wejściem do szkoły i zgłosił to dyrekcji. Co było
bez sensu, bo przecież nic się nie stało.
Aguirre mi nie uwierzył. Myślał, że boję się powiedzieć prawdę. Wtedy się nie bałem. Ale teraz już tak.
Carmen Sanchez może w każdej chwili skopać mi tyłek. Nie jestem dobry w bójkach a ona pewnie ćwiczy walkę z bronią. Może jestem stuknięty, ale wątpię, żeby mój wygląd przestraszył kogoś takiego jak Carmen.
Może mógłbym się z nią zmierzyć na słowa, ale na pewno nie w walce wręcz. Faceci się biją, bo jakiś pierwotny, wrodzony instynkt każe im udowadniać swoją siłę fizyczną.
Ale nie ja.
Może Carmen też mi coś chce udowodnić, ale naprawdę nie ma takiej potrzeby. Nie stanowię dla niej żadnego zagrożenia, tylko jak mam jej o tym powiedzieć? Przecież nie podejdę i nie powiem: „Cześć, Carmen, nie zamierzam ci odbijać faceta i nie doniosłem na niego doktorowi Aguirre”. A może powinienem...
Większość ludzi sądzi, że niczym się nie przejmuję. Nie pokażę im, że się mylą. Mój wizerunek kosztował mnie za dużo pracy i wysiłku i nie mam zamiaru go stracić tylko dlatego, że jakiś bandzior i jego dziewczyna chcą mnie sprawdzić.
— Nie obchodzi mnie to — mówię Sierze.
Moja najlepsza przyjaciółka kręci głową.
— Znam cię, Lou, i wiem, że się stresujesz — szepcze.
To zdanie martwi mnie bardziej niż wiadomość, że szuka mnie Carmen. Bo naprawdę bardzo się staram trzymać wszystkich na dystans... nie pozwolić, żeby ktoś wiedział, jak to naprawdę jest być mną i mieszkać w moim domu. Przed Sierrą jednak odsłoniłem się bardziej niż przed kimkolwiek innym. Czasem się zastanawiam, czy nie powinienem wycofać się z naszej przyjaźni, żeby Sierra nie znalazła się przypadkiem za blisko.
Oczywiście na rozum wiem, że to paranoja. Sierra jest prawdziwą przyjaciółką. Była przy mnie nawet wtedy, gdy w zeszłym roku moja mama miała załamanie nerwowe, choć nigdy nie
wyjaśniłem Sierze powodu mojego smutku.
Nie chcę skończyć jak moja matka. Tego się w życiu najbardziej boję.
Pani Small ustawia dziewczyny, po czym puszcza muzykę skomponowaną specjalnie dla naszej drużyny, a ja tymczasem patrzę. To połączenie hip-hopu i rapu, zmiksowane na potrzeby tych treningów. Dziewczyny nazwały ten układ „Wielki, zły buldog”, bo maskotką drużyny futbolowej, której kibicujemy, jest buldog.
Muzyka całkowicie mnie pochłania i pozwala zapomnieć o problemach w domu. Jest dla mnie jak narkotyk. To jedyna rzecz, która pozwala mi się zapomnieć.
— Pani Small, może powinnyście zacząć od ustawienia w złamanym T, zamiast w zwykłym, jak robiłyście to wcześniej? — proponuję. — A potem przejść do niskiego V i zestawu wysokich V z Morgan, Isabel i Caitlin na przodzie. Wydaje mi się, że taki układ będzie czytelniejszy.
Pani Small uśmiecha się, wyraźnie zadowolona z mojego pomysłu.
— Świetna myśl, Louisie. Spróbujmy. Zaczniemy od ustawienia w złamanym T z ugiętymi łokciami. Podczas przejścia Morgan, Isabel i Caitlin staną w pierwszym rzędzie. Pamiętajcie, żeby pochylić ramiona. Sierra, pilnuj nadgarstków, mają być przedłużeniem rąk. Nie wyginaj ich.
— Dobrze.
Pani Small znów włącza muzykę.
Piosenka kończy się za szybko. Mimo że chciałbym jej jeszcze trochę posłuchać, pani Small wyłącza odtwarzacz.
Podchodzę do dziewczyn. Isa jest nowa w drużynie. Przyklęka, żeby napić się wody.
— Nie przejmuj się Carmen — mówi. — Częściej szczeka, niż gryzie.
— Dzięki — odpowiadam. Isabel wygląda groźnie w swojej czerwonej bandanie Latynoskiej Krwi, z trzema kolczykami w brwi i rękami wiecznie skrzyżowanymi na piersiach, jeśli tylko akurat nie ćwiczy. Ale dobrze jej patrzy z oczu. I często się uśmiecha. Uśmiech dodaje jej łagodności, choć właściwie gdyby przewiązała włosy różową wstążką zamiast bandaną w barwach
gangu, wyglądałaby bardzo dziewczęco.
— Masz ze mną chemię, prawda? — pytam.
Przytakuje głową.
— I znasz Harrego Stylesa.
Znów kiwnięcie.
— Czy to, co o nim mówią, to prawda? — pytam ostrożnie, nie wiedząc, jak zareaguje na moje wścibstwo. Jeśli nie będę uważać, znajdę się na czarnej liście bardzo wielu osób.
Długie brązowe włosy Isabel falują lekko, gdy mówi.
— Zależy, o co ci chodzi.
Gdy mam już zacząć mówić o zażywaniu narkotyków i aresztowaniach, Isabel podnosi się.
— Słuchaj, Louis. Nigdy nie będziemy przyjaciółmi. Ale chcę ci powiedzieć, że bez względu na to, jakim dupkiem okazał się dziś Harry względem ciebie, wcale nie jest taki zły, jak o nim mówią. Nie jest nawet taki zły, jak sam myśli.
Zanim udaje mi się zadać jeszcze jedno pytanie, Isabel ustawia się znów do układu.
Półtorej godziny później, gdy dziewczyny są już zmęczone i marudne, trening dobiega końca. Podchodzę do spoconej Isabel i mówię jej, że świetnie się dziś spisała.
— Naprawdę? — pyta zaskoczona.
— Szybko się uczysz — mówię. Taka jest prawda. Jak na dziewczynę, która przez trzy pierwsze lata ogólniaka nigdy nie ćwiczyła z pomponami, szybko załapała układ. — Pewnie dlatego stoisz na przodzie.
Isabel stoi z rozdziawioną ze zdumienia buzią, a ja zastanawiam się, czy wierzy w plotki, które słyszała o mnie. Nie, nigdy się nie zaprzyjaźnimy. Ale wiem też, że nigdy nie będziemy wrogami.
Po treningu idę do samochodu razem ze Sierrą, która pisze właśnie esemes do swojego chłopaka, Douga.
Za jedną z wycieraczek mam zatknięty kawałek papieru. Wyciągam go. To niebieskie zawiadomienie o areszcie szkolnym Harrego. Zgniatam kartkę i wciskam ją do torby z książkami.
— Co to było? — pyta Sierra.
— Nic — mówię z nadzieją, że zorientuje się, iż nie chcę o tym rozmawiać.
— Dziewczyny, czekajcie! — Darlene biegnie za nami. — Widziałam się na boisku z Colinem. Mówił, żebyś na niego zaczekał.
Zerkam na zegarek. Jest prawie szósta i chcę wracać do domu, żeby pomóc Baghdzie przygotować kolację dla siostry.
— Nie mogę.
— Doug mi odpisał — informuje Sierra. — Zaprasza nas do siebie na pizzę.
— Ja mogę — wtrąca się Darlene. — Strasznie mi się nudzi, odkąd Tyler wyjechał do Purdue. Nie zobaczymy się pewnie przez kilka tygodni.
Sierra znów esemesuje.
— Myślałem, że jedziesz do niego w przyszły weekend.
Darlene bierze się pod boki.
— Tak miało być, zanim nie zadzwonił i nie powiedział, że wszyscy kandydaci na członków bractwa muszą spać w domu studenckim i przejść jakąś inicjację. Jak dla mnie okej, byle tylko jego penis pozostał po tym wszystkim w nienaruszonym stanie.
Na słowo „penis” zaczynam szukać kluczyków w torbie. Gdy Darlene zaczyna mówić o penisach i seksie, lepiej się wycofać, bo może gadać i gadać. A ponieważ ja nie mam ochoty opowiadać o swoich doświadczeniach seksualnych (a raczej ich braku), to wolę się zmyć.
Idealny czas na ucieczkę.
Macham kluczykami zawieszonymi na palcu, ale Sierra mówi, że wróci z Dougiem, więc jadę do domu sam. Lubię być sam. Przed nikim nie muszę wtedy udawać. Jeśli mam ochotę, mogę nawet puścić sobie muzykę na cały regulator.
Nie jest mi jednak dane nacieszyć się muzyką, bo mój telefon zaczyna wibrować.
Wyciągam go z kieszeni spodni. Dwie wiadomości głosowe i jeden esemes. Wszystko od Colina.
Oddzwaniam do niego.
— Gdzie jesteś, Lou? — pyta.
— Jadę do domu.
— Wpadnij do Douga.
— Nie mogę — wyjaśniam. — Muszę pomóc z siostrą.
— Wściekasz się jeszcze za to, że postraszyłem twojego gangstera z chemii?
— Nie wściekam się. Jestem zwyczajnie zły. Mówiłem ci, że sobie poradzę, ale ty mnie zignorowałeś. I zrobiłeś do tego scenę na korytarzu. Wiesz, że nie prosiłem się, żeby być z nim w parze.
— Wiem, Lou. Tylko ten gość mnie strasznie wkurza. Nie złość się.
— Nie złoszczę — mówię. — Nie lubię tylko, jak ty się pieklisz bez powodu.
— A ja nie lubię, jak ten koleś szepcze ci coś do ucha.
Czuję, że zaraz potwornie rozboli mnie głowa. Naprawdę nie potrzebuję, żeby Colin robił mi sceny za każdym razem, gdy jakiś chłopak zwyczajnie się do mnie odezwie. Nigdy wcześniej taki nie był, a przez niego wszyscy jeszcze bardziej się na mnie gapią i jeszcze bardziej mnie obgadują, czego zawsze starałem się unikać.
— Zapomnijmy po prostu o całej sprawie.
— Mnie pasuje. Zadzwoń wieczorem — prosi. — Ale jeśli uda ci się wyrwać wcześniej z domu i wpaść do Douga, to super.
Po powrocie do domu zastaję Baghdę na piętrze w pokoju Shelley. Usiłuje zmienić jej pieluchę, ale źle ją ułożyła. Shelley ma zwykle głowę tam, gdzie teraz stopy, jedna noga zwisa jej bezwładnie z łóżka... totalna porażka, a Baghda sapie i dyszy, jakby w życiu nie robiła nic trudniejszego.
Czy mama sprawdziła jej referencje?
— Ja to zrobię — ofiaruję się, po czym odsuwam ją i biorę sprawy w swoje ręce. Od dziecka zmieniam siostrze pieluchy. To żadna przyjemność zmieniać majtki osobie, która waży więcej od ciebie, ale jeśli robi się to umiejętnie, nie zajmuje dużo czasu i nie sprawia większych trudności.
Siostra uśmiecha się szeroko na mój widok.
— Łii!
Nie potrafi wymawiać słów, ale wydaje różne zbliżone dźwięki. „Łii” znaczy „Louis”, więc uśmiecham się do niej i układam ją porządnie na łóżku.
— Cześć, mała. Głodna? — pytam i wyciągam z pojemnika mokre chusteczki, starając się nie myśleć o tym, co robię.
Zakładam świeżą pieluchę i nową parę spodni dresowych, a Baghda tymczasem przygląda się mi z boku. Staram się przy okazji wyjaśniać co i jak, ale jedno spojrzenie na opiekunkę mówi
mi, że w ogóle mnie nie słucha.
— Twoja mama powiedziała, że mogę już iść, jak wrócisz — mówi.
— Dobrze — odpowiadam, myjąc ręce, a Baghda znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Wiozę Shelley do kuchni. Nasza zwykle nieskazitelnie czysta kuchnia przedstawia obraz nędzy i rozpaczy. Baghda nie pozmywała naczyń, które piętrzą się teraz w zlewie, i nie starła podłogi po bałaganie, jaki narobiła wcześniej Shelley.
Szykuję siostrze kolację i ogarniam bałagan.
Shelley wypowiada przeciągle słowo „szkoła”, co brzmi bardziej jak „koła”, ale wiem, o co jej chodzi.
— Tak, pierwszy dzień po wakacjach — mówię, miksując jej jedzenie i stawiając je przed nią na stole. Karmię ją papką i opowiadam: — A moja nowa nauczycielka chemii, pani Peterson,
powinna być opiekunem na obozie karnym. Przejrzałem program. Najwyraźniej nie ma tygodnia bez sprawdzianu albo kartkówki. Ten rok nie będzie łatwy.
Moja siostra patrzy na mnie, starając się zrozumieć to, co jej powiedziałem. Jej skupiona mina mówi mi bez słowa, że mnie wspiera i rozumie. Bo wydobycie z siebie każdego słowa sprawa
jej wielki wysiłek. Czasem mam ochotę mówić za nią, bo odczuwam jej frustrację tak mocno, jakbym to ja sam się frustrował.
— Nie polubiłaś Baghdy? — pytam cicho.
Moja siostra kręci głową. I nie chce o tym mówić. Widzę to po tym, jak zaciska usta.
— Daj jej trochę czasu — proszę. — Niełatwo jest znaleźć się w nowym domu, gdzie nikt ci nie powiedział, co robić.
Po kolacji przynoszę Shelley czasopisma. Moja siostra uwielbia czasopisma. Podczas gdy ona przewraca kolejne kartki, w ramach własnej kolacji wkładam plasterek sera między dwie kromki chleba i jedząc, zabieram się do lekcji.
Wyciągam kartkę od pani Peterson, na której mam napisać wypracowanie na temat „szacunku”, i w tej samej chwili słyszę odgłos otwieranych drzwi do garażu.
— Lou, gdzie jesteś?! — woła z korytarza mama.
— W kuchni! — odkrzykuję.
Mama wchodzi wolnym krokiem do kuchni z torbą od Neimana Marcusa na ramieniu.
— Proszę, to dla ciebie.
Wyciągam z torby jasnoniebieską koszulę.
— Dzięki — mówię, nie okazując zbyt wielkiej radości przy Shelley, która nic nie dostała.
Moja siostra co prawda się tym nie przejmuje. Jest zbyt skoncentrowana na zdjęciach najlepiej i najgorzej ubranych gwiazd i na ich lśniącej biżuterii.
— Będzie pasować do tych ciemnych dżinsów, które kupiłam ci w zeszłym tygodniu — mówi mama, wyciągając mięso z zamrażarki i wkładając je do mikrofali, żeby się rozmroziło. — I jak tam? Jak radziła sobie Baghda, jak przyszedłeś?
— Nie najlepiej — informuję. — Naprawdę musisz pokazać jej parę rzeczy. — Mama nie odpowiada, co mnie wcale nie dziwi.
Chwilę później do kuchni wchodzi tata, narzekając na pracę. Prowadzi firmę produkującą układy scalone do komputerów i zapowiedział nam, że ten rok będzie kiepski, ale mama i tak ciągle coś kupuje, a tata sprawił mi na urodziny BMW.
— Co na kolację? — pyta ojciec, poluzowując krawat. Jak zwykle wygląda na zmęczonego.
Mama zerka na mikrofalówkę.
— Stek.
— Nie mam ochoty na nic ciężkiego — mówi ojciec. — Wolę coś lżejszego.
Naburmuszona mama wyłącza mikrofalę.
— Jajka? Spaghetti? — wymienia różne propozycje, choć ojciec nie bardzo jej słucha.
Tata wychodzi z kuchni. Nawet gdy fizycznie jest z nami, myślami jest ciągle przy pracy.
— Obojętnie. Byle coś lekkiego! — woła.
W takich chwilach żal mi mamy. Raczej nie może liczyć na uwagę ze strony ojca, bo albo pracuje, albo wyjeżdża w interesach, albo po prostu nie ma ochoty spędzać z nami czasu.
— Zrobię sałatkę — mówię i wyciągam z lodówki sałatę.
Mama wydaje się wdzięczna za pomoc, o ile można to stwierdzić na podstawie niewyraźnego uśmiechu. W milczeniu szykujemy wspólnie kolację. Nakrywam do stołu, a mama przynosi sałatkę, jajecznicę i tosty. Żali się, że nikt jej nie docenia, ale widzę, że chce się tylko wygadać i nie potrzebuje żadnych rad. Shelley jest dalej pochłonięta czasopismami i zupełnie nieświadoma napiętej atmosfery między rodzicami.
— W piątek jadę na dwa tygodnie do Chin — obwieszcza tata, wchodząc znów do kuchni w spodniach dresowych i T-shircie. Siada na swoim stałym miejscu, u szczytu stołu, i nakłada sobie
jajecznicę. — Nasz dostawca przysyła wadliwy towar i muszę sprawdzić, co jest grane.
— A co ze ślubem DeMaio? Jest w ten weekend i już potwierdziliśmy, że będziemy.
Tata rzuca widelec na talerz i patrzy na mamę.
— Tak, jestem pewny, że ślub dzieciaków DeMaio jest ważniejszy od przyszłości mojej firmy.
— Bill, nie chodziło mi o to, że firma jest mniej ważna — mówi mama i też upuszcza widelec na talerz. To chyba jakiś cud, że nasze talerze jeszcze się nie wyszczerbiły. — Po prostu niegrzecznie odwoływać takie rzeczy w ostatniej chwili.
— Możesz iść sama.
— I narazić się na plotki, bo nie będzie cię ze mną? Nie, dziękuję.
To typowa rozmowa przy stole w domu Tomlinsonów. Tata powtarza, jak ciężko pracuje, mama stara się udawać, że jesteśmy zupełnie beztroską rodzinką, a ja i Shelley siedzimy cicho z boku.
— Jak w szkole? — pyta w końcu mama.
— W porządku — odpowiadam, pomijając milczeniem fakt, że zostałem usadzony na chemii z Harrym. — Mam naprawdę wymagającą nauczycielkę chemii.
— Chyba źle zrobiłeś, że wybrałeś chemię — wtrąca się ojciec. — Jeśli nie dostaniesz piątki twoja średnia spadnie. Na Northwestern trudno się dostać, a nie zostaniesz potraktowany ulgowo tylko dlatego, że ja kiedyś tam studiowałem.
— Wiem, tato — mówię całkiem już przygnębiony. Jeśli Harry nie potraktuje projektu poważnie, jak mam dostać piątkę?
— Dziś była nowa opiekunka Shelley — informuje mama. — Pamiętasz?
Ojciec wzrusza ramionami, bo po rezygnacji ostatniej opiekunki upierał się, że Shelley nie powinna mieszkać z nami w domu, tylko w jakimś ośrodku. Chyba nigdy nie darłem się tak jak wtedy, bo nie mam zamiaru pozwolić im oddać Shelley gdzieś, gdzie nikt nie będzie o nią dbać i jej rozumieć. Muszę jej pilnować. Dlatego tak mi zależy na Northwestern. Jeśli będę studiować blisko domu, będę mógł dalej tu mieszkać i pilnować, żeby rodzice nie oddali nigdzie Shelley.
O dziewiątej dzwoni Megan, żeby poskarżyć się na Darlene. Uważa, że Darlene zmieniła się przez wakacje i zrobiła się strasznie zarozumiała, bo jej chłopak jest w college’u.
O dziewiątej trzydzieści dzwoni Darlene i mówi, że wydaje jej się, że Megan jest zazdrosna o jej chłopaka z college’u. O dziewiątej czterdzieści pięć dzwoni Sierra i mówi, że rozmawiała dziś i z Megan, i z Darlene i nie chce się mieszać. Zgadzam się z nią, choć uważam, że nie bardzo mamy już wyjście.
Dopiero za piętnaście jedenasta udaje mi się skończyć wypracowanie dla pani Peterson na temat szacunku i pomóc mamie położyć Shelley spać. Mam wrażenie, że głowa zaraz mi odpadnie
ze zmęczenia.
Przebieram się w piżamę, wchodzę pod kołdrę i dzwonię do Colina.
— Cześć, kotku — mówi. — Co porabiasz?
— Nic. Leżę w łóżku. Fajnie było u Douga?
— Byłoby dużo fajniej, gdybyś ty tam był.
— Kiedy wróciłeś?
— Jakąś godzinę temu. Straaasznie się cieszę, że dzwonisz.
Podciągam swoją wielką kołdrę pod samą brodę i kładę głowę na miękkiej puchowej poduszce.
— Tak? — mówię w nadziei, że usłyszę coś miłego. Nadaję swojemu głosowi uwodzicielskie brzmienie. — A czemu?
Dawno mi już nie mówił, że mnie kocha. Wiem, że nie należy do zbyt wylewnych osób. Ale potrzebuję to od niego usłyszeć. Chcę usłyszeć, że mnie kocha. Chcę usłyszeć, że za mną tęskni. Chcę, żeby mi powiedział, że jestem spełnieniem jego marzeń.
Colin chrząka.
— Nigdy nie uprawialiśmy seksu przez telefon.
No dobra, nie tego się spodziewałem. Nie powinienem być rozczarowany ani zdziwiony.
Colin ma osiemnaście lat i przecież wiem, o czym faceci myślą, bo sam nim jestem. Dziś po południu udawałem, że nie zauważam ucisku w dole brzucha, gdy przeczytałem, co napisał mi Harry w zeszycie: że chce uprawiać ze mną seks. Nie wie, że jestem prawiczkiem.
Nigdy nie uprawialiśmy seksu z Colinem, koniec kropka. Ani przez telefon, ani naprawdę.
W kwietniu w zeszłym roku niewiele brakowało na plaży za domem Sierry, ale stchórzyłem. Nie byłem gotów.
— Seks przez telefon?
— Tak. Dotykaj się, Lou, i opowiadaj mi jednocześnie, co robisz. Strasznie mnie to podnieci.
— A ty co będziesz w tym czasie robić? — pytam.
— Robić sobie dobrze. A co myślałeś? Że będę odrabiać lekcje?
Śmieję się. Raczej nerwowo, bo nie widzieliśmy się przez dwa miesiące, za wiele ze sobą nie rozmawialiśmy, a on w ciągu jednego dnia chce przejść od „cześć, fajnie cię widzieć po wakacjach” do „dotykaj się, a ja będę robić sobie dobrze”. Mam wrażenie, że znalazłem się w piosence Pata McCurdy’ego.
— No proszę, Lou — nalega Colin. — Potraktuj to jako ćwiczenie przed prawdziwym seksem. Zdejmij spodnie i zacznij się dotykać.
— Colin...
— Co?
— Przykro mi, ale nie mam ochoty. Przynajmniej nie teraz.
— Na pewno?
— Tak. Jesteś zły?
— Nie — mówi. — Myślałem, że fajnie będzie dodać trochę pikanterii naszemu związkowi.
— Nie wiedziałem, że ci się nudzi.
— Szkoła... treningi... spotkania ze znajomymi. Chyba po wakacjach mam dość rutyny. Całe lato pływałem na nartach wodnych, surfowałem i jeździłem terenówką. Serce ci bije jak oszalałe, czujesz, że żyjesz. No wiesz, taki kop adrenaliny.
— Brzmi super.
— Bo tak było. Lou?
— Tak?
— Jestem gotów na takiego kopa adrenaliny... z tobą.
8. Harry
Przygniatam kolesia do lśniącego czarnego chevroleta camaro, który kosztuje pewnie więcej niż roczna pensja mojej mamy.
— Sprawa ma się następująco, Blake — mówię. — Albo płacisz teraz, albo połamię coś, co należy do ciebie. Ale nie mebelek czy ten twój pieprzony samochód... coś, z czym jesteś trwale związany. Kapujesz?
Blake, chudszy niż słup telefoniczny, jest blady jak śmierć i patrzy na mnie tak, jakbym właśnie wydał na niego wyrok śmierci. Powinien był pomyśleć o tym, zanim wziął bez płacenia sto
dwudziestkę piątkę cracku.
Jakby Hector miał puścić to płazem.
Jakbym ja miał puścić to płazem.
Kiedy Hector wysyła mnie na windykację, robię swoje. Niekoniecznie to lubię, ale robię swoje. Hector wie, że nie handluję, nie chodzę na włam i nie kradnę. Ale jestem dobry w windykacji... głównie długów. Czasem jeżdżę do ludzi, ale to zwykle syf, zwłaszcza że wiem, co się z nimi stanie, gdy już zawiozę ich do magazynu na spotkanie z Chuyem. Nikt nie chce spotkania z
Chuyem. To gorsze niż spotkanie ze mną. Blake naprawdę powinien się cieszyć, że to mnie kazano się nim zająć.
Powiedzieć, że nie wiodę zbyt przyzwoitego życia, to niedopowiedzenie. Staram się nad tym za dużo nie zastanawiać — nad brudną robotą, którą odwalam dla Krwi. A jestem w tym dobry.
Mam zastraszyć ludzi tak, żeby zapłacili co nasze. Teoretycznie nie tykam narkotyków. No dobra, w moje ręce dość często trafia kasa z dilerki, ale jestem tylko pośrednikiem i przekazuję ją Hectorowi. Nie korzystam z niej, tylko ją odbieram.
Jestem zwykłym pionkiem, wiem. Ale mało mnie to obchodzi, póki zapewnia to bezpieczeństwo mojej rodzinie. Poza tym dobrze się biję. To niewiarygodne, jak wiele osób pęka pod groźbą, że połamię im kości. Blake niewiele się w tym względzie różni od innych, z którymi miałem do czynienia. Stara się zgrywać luzaka, ale nie panuje nad drżeniem swoich kościstych rąk.
Można by pomyśleć, że Peterson też powinna się mnie bać, ale nie przestraszyłbym jej nawet wtedy, gdybym włożył jej do ręki odbezpieczony granat.
— Nie mam pieniędzy — rzuca pospiesznie Blake.
— Taka odpowiedź raczej nie załatwi sprawy, stary — wtrąca się Paco. Lubi ze mną jeździć. Uważa, że to jak zabawa w dobrego i złego glinę. Tyle że my bawimy się raczej w złego i gorszego gangstera.
— Którą kończynę mam ci złamać najpierw? — pytam. — Będę miły i pozwolę ci wybrać.
— Wpakuj mu po prostu serię w ten żałosny tyłek, Harry, i będzie po sprawie — mówi od niechcenia Paco.
— Nie! — wrzeszczy Blake. — Zdobędę pieniądze. Obiecuję. Jutro.
Przyciskam go do auta, przyduszając go ramieniem wystarczająco mocno, żeby go przestraszyć.
— Mam ci uwierzyć na słowo, tak? Masz nas za głupków?Potrzebuję zabezpieczenia.
Blake nie odpowiada.
Patrzę na jego samochód.
— Tylko nie samochód, Harry. Błagam.
Wyciągam pistolet. Nie mam zamiaru go zabić. Bez względu na to, kim jestem i jak bardzo się zmieniłem, nigdy nikogo nie zabiję. Ani nie postrzelę. Ale Blake nie musi o tym wiedzieć.
Jedno spojrzenie na mojego glocka wystarcza, żeby wyciągnął kluczyki.
— O Boże. Proszę, nie.
Wyrywam mu kluczyki z ręki.
— Jutro, Blake. O siódmej, za starą bocznicą przy skrzyżowaniu Czwartej i Vine. A teraz zjeżdżaj stąd — rozkazuję i macham pistoletem, żeby zmusić go do biegu.
— Zawsze chciałem mieć camaro — mówi Paco, gdy Blake znika nam z pola widzenia.
Rzucam mu kluczyki.
— Jest twój do jutra.
— Naprawdę myślisz, że w jeden dzień skombinuje cztery patyki?
— Tak — odpowiadam z pełnym przekonaniem. — Bo samochód jest wart dużo więcej.
Wracamy do magazynu i informujemy Hectora o przebiegu akcji. Nie jest zachwycony, że nie odzyskaliśmy pieniędzy, ale wie, że to zrobimy. Zawsze doprowadzam sprawy do końca.
W nocy przez chrapanie Luka nie mogę spać. Na dodatek mój młodszy brat śpi tak głęboko, jakby nie miał w życiu żadnych zmartwień. I choć nie przeszkadza mi zastraszanie dilerów pokroju
Blake’a, naprawdę bym wolał walczyć o sprawy, które są tego warte.
Tydzień później siedzę pod drzewem na trawniku przed szkołą i jem lunch. Większość uczniów w Fairfield przesiaduje na dworze prawie do końca października, gdyż zima w Illinois
zmusza nas do spędzania przerwy obiadowej w stołówce. Teraz chłoniemy każdy promień słońca i każdą chwilę na świeżym powietrzu, póki wciąż jest dość ładnie.
Mój kumpel Lucky, w luźnej czerwonej koszuli i czarnych dżinsach, klepie mnie po łopatce i sadza tyłek obok mnie, z tacą ze stołówki w ręce.
— Gotowy na następną lekcję, Harry? Przysięgam, stary, Louis Tomlinson nienawidzi cię jak najgorszej zarazy. Mam niezły ubaw, gdy odsuwa się jak najdalej od ciebie.
— Lucky, może to i pedał, ale nie może nic zarzucić temu hombre — mówię, wskazując na siebie.
— Jasne, taki kit to możesz wciskać swojej mamusi — śmieje się Lucky. — Albo Colinowi Adamsowi.
Opieram się o drzewo i krzyżuję ręce na piersiach.
— W zeszłym roku miałem z Adamsem wuef. Uwierz, naprawdę nie ma się czym chwalić, nada.
— Ciągle się wkurzasz, bo w pierwszej klasie zdemolował ci szafkę po tym, jak na oczach całej szkoły skopałeś mu tyłek w sztafecie?
Cholera, to prawda, dalej jestem wściekły. Przez ten incydent musiałem wydać kupę forsy na nowe podręczniki.
— Stare dzieje — mówię Lucky’emu, jak zwykle nie dając nic po sobie poznać.
— Stare dzieje siedzą teraz tam ze swoim chłopakiem.
Jedno spojrzenie na Małego Pana Perfecta wystarczy, żebym cały się zjeżył. Uważa mnie za ćpuna. Codziennie stresowałem się myślą o wspólnej chemii.
— Ten chłoptaś ma wodę zamiast mózgu — stwierdzam.
— Słyszałem, że gadał na ciebie swoim koleżankom — mówi niejaki Pedro i dosiada się do nas z kilkoma innymi chłopakami, którzy niosą tace ze stołówki albo jedzenie z domu.
Kręcę głową, zastanawiając się, co mówił kutas Louis i jak dużo będę musiał odkręcać.
— Może się mu podobam.
Lucky śmieje się tak głośno, że wszyscy w promieniu kilku metrów gapią się na nas.
— Louis Tomlinson z własnej nieprzymuszonej woli kijem by cię nie tknął, guey, a o randce to w ogóle zapomnij — mówi. — Jest tak bogaty, że koszula, którą miał na sobie w zeszłym tygodniu, kosztuje pewnie więcej niż wszystko w tu casa — w twoim domu.
Ta koszula. Jakby nie wystarczyły markowe dżinsy i buty. Znając go, pewnie oddał ją do profesjonalnego farbowania, żeby idealnie pasowała do odcienia jego szafirowych oczu.
— A niech to, stawiam mój RX-7, że nie przelecisz go przed Świętem Dziękczynienia — podpuszcza mnie Lucky, przerywając moje nieskładne rozważania.
— A kto by chciał go przelecieć? — pytam. Pewnie majtki też ma markowe i ma na nich wyhaftowane swoje inicjały.
— Ty.
Czy naprawdę muszę przypominać mu o oczywistościach?
— To śnieżynek. — Nie lecę na białych facetów. Ani na rozpieszczonych. Ani na takich, dla których ciężka praca sprowadza się do codziennego segregowania swoich markowych butów, żeby pasowały do najmodniejszych ciuchów.
Wyciągam z kieszeni paczkę papierosów i zapalam jednego, olewając zakaz obowiązujący w Fairfield. Ostatnio bardzo dużo palę. Paco zwrócił mi na to wczoraj uwagę.
— To co z tego, że jest biały? Daj spokój, Harry. Spójrz na niego, wiem, że chcesz.
Czy aż tak bardzo widać moją gejowską stronę? Stronę, którą chciałem ukryć jak najgłębiej?
Patrzę na niego. Muszę przyznać, że ma wszystko na swoim miejscu. Włosy opadające na czoło, opalone ręce z lekko zarysowanymi bicepsami, pełne usta i taki uśmiech, że gdyby wszyscy taki mieli, na świecie chyba faktycznie mógłby zapanować pokój.
Odsuwam od siebie te myśli. Co z tego, że jest fajny? To dupek jakich mało.
— Za chudy — oceniam.
— Podoba ci się — stwierdza Lucky i kładzie się na trawie. — Tylko wiesz, podobnie jak cała reszta Mexicanos z południowej części miasta, że nie możesz go mieć.
Słyszę jakieś kliknięcie w środku. Może to włączył się mój mechanizm obronny, a może pewność siebie. Zanim udaje mi się to wyłączyć, mówię:
— W ciągu dwóch miesięcy go przelecę. Jeśli naprawdę stawiasz swój RX-7, wchodzę w to.
— Wkręcasz mnie, stary. — Kiedy nic na to nie odpowiadam, Lucky marszczy brwi. — Mówisz serio, Harry?
Gość się wycofa, bo kocha samochód bardziej niż własną matkę.
— Oczywiście.
— Jeśli przegrasz, oddasz mi Julio — mówi, a w miejsce zmarszczonych brwi pojawia się szeroki chytry uśmiech.
Julio to najcenniejsze, co mam — to stary motor, honda nighthawk 750. Uratowałem go przed złomowaniem i zamieniłem w rewelacyjną maszynę. Naprawa zajęła mi całe wieki. To jedyna rzecz w życiu, którą naprawiłem, zamiast spieprzyć.
Lucky nie wycofuje się. W takim razie albo sam muszę się wycofać, albo przyjąć zakład.
Problem w tym, że ja nigdy się nie wycofuję... nie zrobiłem tego ani razu w całym moim życiu.
Najbardziej popularny chłopak w szkole mógłby się cholernie dużo ode mnie nauczyć. Mały Pan Perfecta powiedział, że nigdy nie umówiłby się z gangsterem.
To proste jak sobotnia bójka między Folks i People — dwóch wrogich gangów z Chicago.
Idę o zakład, że wystarczy trochę poflirtować, żeby Louis zmienił zdanie. Podroczyć się trochę, dzięki czemu zauważy we mnie faceta. Mogę upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: odegrać się na Oślim Łbie, odbijając mu chłopaka, i odegrać się na Louise Tomlinsonie za to, że wezwali mnie przez niego na dywanik i że oczerniał mnie w oczach swoich przyjaciół.
Może być całkiem zabawnie.
Wyobrażam sobie, jak cała szkoła widzi, że ten chodzący ideał ślini się na widok Mexicano, którego poprzysiągł nienawidzić. Zastanawiam się, jak bolesny będzie upadek tego jędrnego tyłeczka, jak już z nim skończę.
Wyciągam rękę.
— Dobra.
— Ale musisz pokazać dowód.
Zaciągam się papierosem.
— Lucky, co mam według ciebie zrobić? Wyrwać mu, do cholery, włos łonowy?
— Skąd byśmy wiedzieli, że należy do niego? — odcina się Lucky. — Zrób zdjęcie — proponuje Pedro. — Albo nakręć filmik. Na pewno sprzedalibyśmy muchos billetes — mnóstwo biletów. Możemy go zatytułować Louis za południową granicą.
To przez takie gadanie mamy złą reputację. Nie chodzi o to, że bogate dzieciaki tak nie gadają, bo na pewno gadają. Ale kiedy moi kumple już zaczną, nie mają żadnych zahamowań.
Szczerze mówiąc, uważam, że są cholernie zabawni, gdy się z kogoś nabijają, pod warunkiem że wsiądą na kogoś innego. Kiedy nabijają się ze mnie, jakoś przestaje mnie to śmieszyć.
— O czym gadacie? — pyta Paco, dosiadając się do nas z talerzem ze stołówki.
— Założyliśmy się z Harrym o mój samochód i jego motor, że nie uda mu się przelecieć Louisa Tomlinsona przed Świętem Dziękczynienia.
— Odbiło ci, Harry? — mówi Paco. — Taki zakład to samobójstwo.
— Odwal się, Paco — ostrzegam go. To nie samobójstwo. Może głupota. Ale nie samobójstwo. Skoro dałem radę z seksowną Carmen Sanchez, to dam radę z ciasteczkiem, Louisem Tomlinsonem.
— Louis Tomlinson to nie twoja liga, amigo. Może i jesteś ślicznym chłoptasiem, ale jesteś też gangsterem.
Mija nas Leticia Gonzalez, trzecioklasistka.
— Cześć, Harry — mówi i uśmiecha się do mnie, po czym dosiada się do koleżanek.
Chłopaki ślinią się na widok Leticii i zagadują jej koleżanki, a my z Paco zostajemy sami pod drzewem.
Paco mnie szturcha.
— No. Ta bonita Mexicana jest zdecydowanie niczego sobie i zdecydowanie w twojej lidze.
— Skoro piłka jest już w grze, skupiam się całkowicie na nagrodzie. Czas zacząć podryw, ale na Louisa nie zadziała prostackie wciskanie kitu. Mam nieodparte wrażenie, że do czegoś takiego
przywykł ze strony swojego chłoptasia i innych dupków, którzy usiłowali dobrać się do niego.
Postanawiam zastosować inną taktykę, taką, jakiej się nie spodziewa. Będę go drażnił, aż będzie w stanie myśleć tylko o mnie. Zacznę od zaraz, na najbliższej lekcji, na której musi ze mną
siedzieć. Dla podkręcenia atmosfery nie ma to jak mała gra wstępna na lekcji chemii.
— Carajo! — Cholera! — mówi Paco i rzuca jedzenie na talerz. — Wydaje im się, że mogą kupić kawałek naleśnika, nałożyć nadzienie i że to będzie taco, ale nie odróżniliby mięsa na taco od kawałka gówna. Bo tak to mniej więcej smakuje, Harry.
— Obrzydzasz mi, stary — mówię mu.
Patrzę niechętnie na żarcie, które przyniosłem sobie z domu. Dzięki Paco wszystko teraz smakuje jak mierda. Z obrzydzeniem chowam resztkę lunchu do torebki.
— Chcesz trochę? — Paco podaje mi z szerokim uśmiechem gówniane taco.
— Zbliż się z tym jeszcze o centymetr, a pożałujesz — grożę.
— Ojej, jak strasznie się boję.
Paco macha okropnym taco, żeby mnie sprowokować. Wydawałoby się, że powinien mieć więcej rozumu.
— Jeśli mnie pobrudzisz...
— To co? Skopiesz mi tyłek? — piszczy sarkastycznie Paco, wciąż wymachując taco. Może powinienem strzelić go w pysk i znokautować, żebym nie musiał zawracać sobie teraz głowy tym durniem.
Gdy tylko pojawia się ta myśl, czuję, że coś spada mi na spodnie. Spuszczam głowę, choć wiem, co zobaczę. Dokładnie: duża mokra plama od glutowatego nadzienia, które spadło mi na
wypłowiałe dżinsy prosto w kroku.
— O cholera — mówi Paco, a jego wesołość szybko zmienia się w przerażenie. — Zaraz ci wyczyszczę.
— Jeśli twoje palce znajdą się choć w pobliżu mojego fiuta, osobiście przestrzelę ci huevos — warczę przez zaciśnięte zęby.
Strzepuję mięso z krocza. Na spodniach zostaje duża, tłusta plama. Odwracam się do Paco.
— Masz dziesięć minut, żeby skombinować mi nowe spodnie.
— Skąd ci je mam, do cholery, wytrzasnąć?
— Zdaję się na twoją pomysłowość.
— Weź moje. — Paco wstaje i zaczyna rozpinać spodnie na środku szkolnego dziedzińca.
— Być może nie wyraziłem się wystarczająco jasno — mówię, zastanawiając się, jak mam zgrywać na chemii uwodziciela, skoro wyglądam, jakbym zlał się w majtki. — Chodziło mi o to, że
masz mi przynieść spodnie, które na mnie pasują, pendejo. Ty, matole, jesteś takim kurduplem, że mógłbyś zgłosić się na jednego z elfów Świętego Mikołaja.
— Toleruję to tylko dlatego, że jesteśmy jak bracia.
— Dziewięć minut i trzydzieści sekund.
Paco rzuca się biegiem na szkolny parking.
Naprawdę mało mnie obchodzi, skąd weźmie mi te spodnie, bylebym tylko je dostał przed rozpoczęciem następnej lekcji. Z mokrą plamą w kroku raczej nie pokażę Louisowi, jaki ze mnie ogier.
Czekam pod drzewem, podczas gdy pozostali uczniowie wyrzucają resztki lunchu i wracają do szkoły. Niedługo potem z głośników słychać muzykę, a tymczasem Paco nie ma nigdzie w
zasięgu wzroku. Cudownie. Mam teraz pięć minut, żeby dotrzeć na lekcję Peterson. Zaciskam zęby i idę na chemię, strategicznie zasłaniając sobie krocze książkami. Jestem dwie minuty przed
czasem. Siadam na stołku i przysuwam się jak najbliżej stołu laboratoryjnego, żeby nie było widać plamy.
Louis wchodzi do sali, włosy ma idealnie ułożone, a końcówki podskakują kiedy się porusza. Ale ten ideał wcale mnie nie
podnieca — mam raczej ochotę rozczochrać te śliczniutkie włoski.
Louis patrzy na mnie, a ja puszczam do niego oko. Robi naburmuszoną minę i odsuwa się z krzesłem jak najdalej ode mnie.
Pamiętając o zasadzie zerowej tolerancji pani Peterson, zdejmuję bandanę i zakrywam nią sobie plamę. Potem odwracam się do siedzącego obok chłopaka.
— Będziesz się musiał w którymś momencie do mnie odezwać.
— Żeby twoja dziewczyna miała powód, by mi przywalić? Nie, dziękuję, Harry. Wolę, żeby moja twarz pozostała w nienaruszonym stanie.
— Jestem wolny. Chciałbyś zająć to miejsce? — Mierzę go wzrokiem z góry na dół.
Wydyma swoją górną wargę i uśmiecha się szyderczo.
— Możesz sobie pomarzyć.
— Nawet byś nie wiedział, co zrobić z całym tym testosteronem.
Dokładnie o to chodzi, Harry. Podpuszczaj go, aż się zakocha. Połknie haczyk.
Odwraca głowę.
— Jesteś obrzydliwy.
— A gdybym powiedział, że byłaby z nas dobrana para?
— To bym powiedział, że jesteś idiotą.
9. Louis
Zaraz po tym, jak nazywam Harrego idiotą, pani Peterson przywołuje całą klasę do porządku.
— Każda para wylosuje z tego kapelusza projekt — ogłasza. — Projekty cechują się równym stopniem trudności i będą wymagać od was wspólnej pracy również po lekcjach.
— A co z futbolem? — pyta Colin. — Nie mogę opuszczać treningów.
— I z drużyną cheerleaderek — wtrąca Darlene.
— Nauka przede wszystkim. Od was zależy, czy dogadacie się ze swoim partnerem tak, żeby obojgu wam pasowało — mówi pani Peterson, staje przed naszym stołem i podsuwa kapelusz.
— Pani P., czy któryś z projektów uwzględnia lekarstwo na stwardnienie rozsiane? — pyta Harry tym swoim bezczelnym tonem, od którego wszystko się we mnie gotuje. — Bo nie wydaje mi się, żeby starczyło nam w ciągu roku czasu na jego wykonanie.
Już widzę wielką jedynkę na świadectwie. Kierownik biura rekrutacji Northwestern nie będzie chciał słuchać, że to mój partner nie traktował poważnie naszego projektu z chemii.
Kolesiowi nie zależy na własnym życiu, to czemu miałoby mu zależeć na lekcjach chemii? Dobija mnie, że to od Harrego zależy moja ocena. Zdaniem moich rodziców stopnie są odzwierciedleniem
wartości człowieka. Nie muszę chyba mówić, że trója i niżej oznacza, że nic nie jesteś wart.
Wkładam rękę do kapelusza i wyciągam biały karteluszek. Otwieram go powoli, zagryzając w niepewności dolną wargę. Widzę napisane drukowanymi literami słowa: „Ogrzewacze do rąk”.
— Ogrzewacze do rąk? — pytam.
Harry nachyla się i odczytuje napis ze zdezorientowaną miną.
— Co to są, do jasnej cholery, ogrzewacze do rąk?
Pani Peterson rzuca mu ostrzegawcze spojrzenie.
— Jeśli masz ochotę zostać po lekcjach, mam na biurku kolejne niebieskie zawiadomienie o areszcie szkolnym, już z twoim nazwiskiem. Tak więc albo zapytasz jeszcze raz bez wulgaryzmów,
albo spotkamy się po lekcjach.
— Chętnie bym z panią posiedział, pani P., ale wolę raczej poświęcić czas na naukę z moim partnerem — odpowiada Harry i ma przy tym jeszcze czelność mrugnąć do Colina. — Więc zadam
pytanie inaczej. Co to właściwie są ogrzewacze to rąk?
— Chemia termiczna się kłania, panie Styles. Ogrzewacze, jak sama nazwa mówi, służą do ogrzewania rąk.
Harry odwraca się do mnie z szerokim, bezczelnym uśmiechem.
— Jestem pewny, że znajdziemy jeszcze kilka innych rzeczy do ogrzania.
— Nienawidzę cię — mówię wystarczająco głośno, żeby słyszał mnie Colin i reszta klasy.
Jeśli pozwolę mu być górą, pewnie usłyszę w głowie cmokanie mojej mamy, powtarzającej, że nie ma nic ważniejszego od reputacji.
Wiem, że obserwuje nas cała klasa, nawet Isabel, która uważa, że Harry wcale nie jest taki zły, za jakiego wszyscy go mają. Czy ona nie widzi, jaki jest naprawdę, czy może dała się zaślepić jego idealnym rysom twarzy i popularności wśród znajomych?
Harry szepcze:
— Miłość od nienawiści dzieli jeden krok. Może mylisz te dwie rzeczy.
Odsuwam się od niego.
— Nie liczyłbym na to.
— A ja owszem.
Harry patrzy na drzwi klasy. Przez okienko macha do niego jego kumpel. Pewnie chcą się zerwać z lekcji.
Harry bierze książki i wstaje.
Pani Peterson odwraca się do niego.
— Siadaj, Harry.
— Muszę się odlać.
Nauczycielka marszczy brwi i kładzie rękę na biodrze.
— Powściągnij swój język. A z tego, co się orientuję, w toalecie nie potrzebujesz książek.
Zostaw je, proszę, na stole.
Harry zaciska zęby, ale odkłada książki na blat.
— Mówiłam, że na tę salę nie mają wstępu żadne emblematy gangu — mówi pani Peterson, patrząc na bandanę, którą Harry trzyma przed sobą. Wyciąga rękę.
— Proszę mi to oddać.
Harry zerka na drzwi, a potem na panią Peterson.
— A co, jeśli odmówię?
— Lepiej nie sprawdzaj, Harry. Zero tolerancji. Chcesz zostać zawieszony? — Kiwa palcem, pokazując w ten sposób, że ma jej natychmiast oddać chustę, bo inaczej źle się to dla niego
skończy.
Harry patrzy na nią z wściekłością i powoli podaje jej chustę.
Pani Peterson wyrywa mu ją z ręki i wstrzymuje oddech.
Na widok wielkiej plamy na jego kroczu wyrywa mi się tylko:
— O Boże!
Cała klasa zaczyna się śmiać.
Colin śmieje się najgłośniej.
— Nie martw się, Styles. Moja babcia ma ten sam problem. Zwykła pielucha załatwia sprawę.
Na wspomnienie o pieluchach dla dorosłych od razu przypomina mi się moja siostra.
Nabijanie się z dorosłych, którzy mają tego rodzaju problem, wcale nie jest śmieszne, bo zalicza się do nich moja siostra.
Harry uśmiecha się bezczelnie i mówi do Colina:
— Twój chłopak nie mógł się niestety powstrzymać. Przedstawił mi ogrzewacze do rąk z zupełnie nowej perspektywy, compa.
Tym razem posunął się za daleko. Zrywam się, szurając stołkiem po podłodze.
— Chciałbyś — rzucam.
Harry ma mi już coś odpowiedzieć, ale pani Peterson krzyczy:
— Harry! — Odchrząkuje. — Idź do pielęgniarki i... doprowadź się do porządku. Zabierz ze sobą książki, bo potem masz się stawić w gabinecie doktora Aguirre. Spotkamy się tam razem z twoimi przyjaciółmi, Colinem i Louisem.
Harry zabiera książki ze stołu i wychodzi z klasy, ja natomiast opadam na krzesło. Podczas gdy pani Peterson usiłuje uciszyć resztę klasy, ja myślę o tym, że nie udało mi się unikać Carmen
Sanchez zbyt długo.
Jeśli dziewczyna uważa, że stanowię dla niej zagrożenie, plotki, które po dzisiejszej lekcji na pewno zaczną krążyć po całej szkole, tylko jej to potwierdzą.
10. Harry
Po prostu bosko. Peterson i Aguirre po jednej stronie, Mały Pan Perfecta z tym kretynem po drugiej... a ja sam. Za mną nikt się nie wstawi, to jedno jest pewne.
Aguirre chrząka.
— Harry, widzę cię u siebie już drugi raz w ciągu dwóch tygodni.
Zgadza się. Cóż za geniusz.
— Panie dyrektorze — mówię, przejmując pałeczkę, bo mam już serdecznie dość tego, że cała pieprzona szkoła jest na rozkazy Małego Pana Perfecta i jej chłopaka.
— W czasie przerwy obiadowej doszło do małego wypadku i poplamiłem sobie spodnie. Ale zamiast opuszczać lekcję, poprosiłem kolegę, żeby przywiózł mi czyste. — Wskazuję na dżinsy, które mam na sobie, a które Paco skołował mi z domu.
— Pani Peterson — zwracam się do nauczycielki chemii. — Nigdy bym nie dopuścił do tego, żeby przez małą plamkę opuścić pani wspaniałą lekcję.
— Nie podlizuj się, Harry — prycha pani Peterson. — Mam potąd twoich błazeństw — przesuwa ręką nad głową. Patrzy gniewnie na Louisa i Colina. Już myślę, że pozwoli im na mnie najechać, gdy mówi: — A wy nie jesteście wcale lepsi.
Louis wydaje się zdumiony jej reprymendą. Ale oczywiście nie miał nic przeciwko, gdy pani P. objeżdżała mnie.
— Nie mogę być z nim w parze — wyrzuca z siebie Mały Pan Perfecta.
Colin wysuwa się naprzód.
— Może pracować ze mną i z Darlene.
Mam ochotę się uśmiechnąć, gdy widzę, że brwi Peterson wędrują w górę tak wysoko, jakby miały zaraz wyskoczyć jej z czoła.
— A co jest w was takiego wyjątkowego, że uważacie, że możecie decydować o tym, jak prowadzę lekcję?
Brawo, Peterson!
— Nadine, pozwól, że ja się tym zajmę — mówi Aguirre do pani P., po czym wskazuje na naszej szkoły, które wisi na ścianie w ramce. Nie pozwala dwójce z północy odpowiedzieć na pytanie pani P., tylko mówi:
— Jak wiecie, dewiza naszej szkoły brzmi: „Różnorodność źródłem
wiedzy”. Gdybyście zapomnieli, to jest wyryta na tablicy przed głównym wejściem, więc następnym razem, gdy będziecie tamtędy przechodzić, zastanówcie się chwilę nad znaczeniem tych słów. Chciałbym was zapewnić, że jako nowy dyrektor tej szkoły chcę położyć kres wszelkim podziałom, które podważają tę dewizę.
No dobra, różnorodność jest źródłem wiedzy. Ale nie raz widziałem, że jest też źródłem nienawiści i ignorancji. Nie będę pozbawiać Aguirre złudzeń, bo zaczynam nabierać przekonania, że nasz dyrektor naprawdę wierzy w te brednie, które wygaduje.
— Doktor Aguirre i ja zajmujemy w tej kwestii wspólne stanowisko. W związku z tym... — Peterson patrzy na mnie groźnie i to tak przekonująco, że chyba musi ćwiczyć przed lustrem. —
Harry, przestań dokuczać Louisowi. — Odwraca się i rzuca to samo spojrzenie na drugą stronę gabinetu. — Louis, przestań zachowywać się jak książe. A ty, Colin... Właściwie to w ogóle nie wiem, co ty masz z tym wspólnego.
— Jestem jego chłopakiem.
— W takim razie byłabym wdzięczna, gdybyście zostawili wasz związek za drzwiami mojej klasy. Zerowa tolerancja, pamiętajcie.
— Ale... — zaczyna Colin.
Peterson przerywa mu machnięciem dłoni.
— Dosyć. Koniec dyskusji. Do widzenia.
Colin bierze księcia za rękę i wychodzą z pokoju.
Ja też wychodzę, ale Peterson zatrzymuje mnie, kładąc mi rękę na ramieniu.
— Harry?
Przystaję i patrzę na nią. Patrzę jej prosto w oczy, w których maluje się współczucie. Nie lubię takiego spojrzenia.
— Słucham?
— Wiesz, że mnie nie oszukasz?
Muszę zmazać jej z twarzy to współczucie. Ostatnim razem, gdy nauczyciel tak na mnie patrzył, byłem w pierwszej klasie i właśnie zastrzelili mi ojca.
— To dopiero drugi tydzień roku szkolnego, Nadine. Może pani zaczeka miesiąc, dwa, zanim zacznie wydawać takie sądy.
Kobieta śmieje się:
— Nie jestem nauczycielką aż tak długo, ale widziałam już u siebie w klasie więcej Stylesów niż większość nauczycieli przez całe życie.
— A ja myślałem, że jestem wyjątkowy. — Kładę sobie rękę na sercu. — Rani mnie pani, Nadine.
— Chcesz być wyjątkowy, Harry? To skończ szkołę.
— Taki mam plan — informuję, choć nigdy wcześniej nikomu się do tego nie przyznałem.
Wiem, że mama chce, żebym zdał maturę, choć nigdy o tym nie rozmawialiśmy. I szczerze mówiąc, nie wiem nawet, czy wierzy, że to realne.
— Podobno na początku wszyscy tak mówią. — Pani P. otwiera torebkę i wyciąga moją bandanę. — Nie pozwól, żeby twoje życie poza szkołą determinowało twoją przyszłość — kończy nagle bardzo poważnie.
Chowam chustę do kieszeni. Peterson nie ma pojęcia, w jak dużym stopniu życie poza murami szkolnymi wpływa na życie, jakie wiodę w ich obrębie. Ceglany budynek nie jest w stanie
ochronić mnie przed światem zewnętrznym. Cholera, nie mógłbym się tu schować, nawet gdybym chciał.
— Wiem, co pani zaraz powie: Jeśli będziesz potrzebować przyjaciela, Harry, to możesz na mnie liczyć.
— Mylisz się. Nie jestem twoim przyjacielem. Gdybym nim była, nie należałbyś do gangu. Ale widziałam wyniki testów. Jesteś mądrym dzieciakiem, który mógłby coś osiągnąć, gdyby podszedł poważnie do nauki.
Coś osiągnąć. Osiągnięcia. Czy to wszystko nie jest bardzo względne?
— Mogę już wracać do klasy? — pytam, bo nie wiem, co jej odpowiedzieć. Jestem gotowy zaakceptować, że moja nauczycielka chemii i nowy dyrektor niekoniecznie są po mojej stronie...
tyle że wcale nie jestem pewny, czy są po przeciwnej. Całkowicie rozwala mi to światopogląd.
— Tak, wracaj do klasy, Harry.
W głowie cały czas rozbrzmiewają mi słowa Peterson, gdy słyszę, że woła za mną:
— A jeśli jeszcze raz zwrócisz się do mnie po imieniu, będziesz miał po raz kolejny przyjemność posiedzieć za karę po szkole oraz napisać wypracowanie na temat szacunku. Pamiętaj, nie jestem twoją koleżanką.
Idę korytarzem i uśmiecham się pod nosem. Dla tej kobiety groźba aresztu szkolnego i wypracowań to zdecydowanie rodzaj broni.
________________________________________________
WYBACZCIE BŁĘDY
JEŚLI CHCECIE BYĆ INFORMOWANE O ROZDZIAŁACH WPISZCIE SIĘ W ZAKŁADCE 'POWIADOMIENIA' U GÓRY STRONY.
DODAM NOWY ROZDZIAŁ JAK UZBIERA SIĘ TROCHĘ KOMENTARZY
awhg to opowiadanie jest cudownen
OdpowiedzUsuńamazayn
bardzo mi się podoba
Wreszcie! :D Bardzo podoba mi się, że rozdziały są takie długie bo to ważne ale ważna jest też systematyczność w dodawaniu notek, więc nad tym musisz trochę popracować :) Opowiadanie się rozkręca i coraz bardziej wciąga dlatego mam nadzieję, że następny rozdział dodasz trochę szybciej bo już nie mogę się doczekać :D
OdpowiedzUsuń