3. Louis
— Sierra, przez to auto fryzura mi się psuje. Zawsze jak opuszczam dach, wyglądam, jakbym wpadł w trąbę powietrzną — mówię do przyjaciółki, jadąc nowym srebrnym kabrioletem wzdłuż Vine Street do liceum Fairfield. — Wygląd jest najważniejszy. — Moi rodzice przekazali mi zasadę, która rządzi całym moim życiem. To jedyny powód, dla którego nie skomentowałem w żaden sposób BMW, które tata dał mi dwa tygodnie temu w ramach ekstrawaganckiego prezentu urodzinowego.
— Mieszkamy pół godziny od Wietrznego Miasta — mówi Sierra i wyciąga rękę do góry.
— A Chicago nie słynie zasadniczo z łagodnej pogody. Poza tym, Lou z tymi rozwichrzonymi włosami wyglądasz jak grecki gej - bóg. Stresujesz się tylko spotkaniem z Colinem.
Rzucam okiem na nasze zdjęcie w kształcie serduszka przyklejone do deski rozdzielczej.
— Lato zmienia ludzi.
— Rozstanie umacnia uczucia — ripostuje Sierra. — Jesteś najpopularniejszym facetem w szkole, a on kapitanem drużyny futbolowej. Musicie być razem, bo inaczej rozpadnie się układ słoneczny.
— Może dlatego, że jesteśmy jedynymi 'homo' w tej szkole —powiedziałem ledwie słyszalnie.
Colin dzwonił kilka razy z domku letniskowego swoich rodziców, gdzie spędzał wakacje z kumplami, ale nie mam pojęcia, na czym teraz stoimy. Wrócił dopiero wczoraj wieczorem.
— Świetne dżinsy — mówi Sierra, zerkając na moje sprane spodnie.
— Moja mama ich nie cierpi — mówię i na światłach przeczesuję palcami włosy. — Mówi, że wyglądają jak z second-handu.
— Mówiłeś jej, że vintage jest na czasie?
— Akurat będzie mnie słuchać. Ledwie słuchała, jak pytałem o nową opiekunkę.
Nikt nie zdaje sobie sprawy, jak wygląda mój dom. Na szczęście mam Sierrę. Może nie do końca wszystko rozumie, ale wie na tyle dużo, że może mnie wysłuchać i zachować informacje na temat mojego życia rodzinnego w tajemnicy. Poza Colinem tylko Sierra poznała moją siostrę.
Sierra otwiera futerał z płytami.
— A co się stało z poprzednią?
— Shelley wyrwała jej garść włosów.
— Auć.
Zajeżdżam na szkolny parking, będąc myślami raczej przy siostrze niż na drodze. Hamuję z piskiem opon, bo o mały włos nie potrącam jakiejś pary na motocyklu. Wydawało mi się, że miejsce parkingowe jest puste.
— Uważaj, kutasie — mówi Carmen Sanchez, dziewczyna siedząca za kierowcą, i pokazuje mi środkowy palec.
Najwyraźniej podczas kursu na prawo jazdy opuściła wykład o agresji na drodze.
— Przepraszam — mówię głośno, żeby przekrzyczeć ryk motocykla. — Myślałem, że nikogo tu nie ma.
Nagle dociera do mnie, kogo omal nie potrąciłem. Motocyklista odwraca się. Wściekłe zielone oczy. Czerwono-czarna bandana. Wciskam się jak najgłębiej w fotel.
— O cholera. To Harry Styles. — mówię i wzdrygam się.
— Jezu, Lou — szepcze Sierra. — Chciałabym dożyć końca roku. Wyjeżdżaj stąd, póki nie zabije nas obu.
Harry wpatruje się we mnie morderczym wzrokiem, stawiając motor na nóżce. Przywali mi?
Szukam wstecznego, rozpaczliwie przerzucając biegi. Oczywiście tata kupił mi samochód z ręczną skrzynią biegów, ale nie zadał już sobie trudu, żeby nauczyć mnie porządnie obsługiwać to cholerstwo.
Kurwa, Louis. Jesteś facetem, sam się naucz.
Harry robi krok w stronę mojego wozu. Instynkt podpowiada mi, żeby zostawić samochód i uciekać, jakbym utknął na torach, a pociąg właśnie nadjeżdżał. Zerkam na Sierrę, która grzebie desperacko w torebce. To chyba jakiś żart?
— Nie umiem wrzucić wstecznego. Musisz mi pomóc. Czego ty, do cholery, szukasz? — pytam.
— No... niczego. Nie chcę tylko nawiązywać kontaktu wzrokowego z Latynoskimi Krwiopijcami. Ruszaj wreszcie, co? — odpowiada Sierra przez zaciśnięte zęby. — Poza tym ja umiem kierować tylko automatem.
W końcu udaje mi się wrzucić wsteczny, z okropnym piskiem opon cofam auto i znajduję inne miejsce.
Parkujemy w zachodniej części parkingu, jak najdalej od pewnego członka gangu, którego zła sława potrafiłaby przerazić nawet najtwardszego futbolistę z Fairfield, po czym idziemy z Sierrą
do głównego wejścia liceum Fairfield. Niestety stoi tam Harry Styles z kumplami z gangu.
— Po prostu idź — mruczy Sierra. — Pod żadnym pozorem nie patrz im w oczy.
Czuję się jak cipa.
Nie patrzenie w oczy akurat okazuje się dosyć trudne, gdy Harry Styles zastępuje mi drogę.
Jaką modlitwę odmawia się w godzinę śmierci?
— Jesteś beznadziejnym kierowcą — mówi z lekkim hiszpańskim akcentem i spojrzeniem mówiącym wyraźnie: Ja tu rządzę. Z tym swoim umięśnionym ciałem i idealną twarzą chłopak wygląda jak model od Abercrombiego, ale jego zdjęcie trafi prędzej do kartoteki policyjnej. Dzieciaki z północnej części miasta nie zadają się w zasadzie z dzieciakami z południa. Nie, że uważamy się za lepszych— jesteśmy po prostu inni. Żyjemy w tym samym mieście, ale w
zupełnie innych częściach. My mieszkamy w dużych rezydencjach nad jeziorem Michigan, a oni w pobliżu bocznic kolejowych. Inaczej wyglądamy, mówimy, zachowujemy się i ubieramy. Nie mówię, że ktoś jest lepszy albo gorszy. W Fairfield tak po prostu jest. A szczerze mówiąc, większość ludzi z południa miasta traktuje mnie tak jak Carmen Sanchez... nienawidzą mnie za to, kim jestem. A raczej za to, jaki ich zdaniem jestem. Harry mierzy mnie powoli wzrokiem, z góry na dół i z powrotem. Nie po raz pierwszy ktoś tak na mnie patrzy, ale nigdy nie robił tego ktoś taki jak Harry i to w tak bezczelny sposób... i z tak bliska. Czuję, że robię się czerwony.
— Następnym razem patrz, gdzie jedziesz — mówi zimnym, spokojnym głosem.
Próbuje mnie zastraszyć. Dobry jest. Nie dam się sterroryzować, nawet jeśli w brzuchu wszystko przewraca mi się tak, jakbym zrobił kilka salto pod rząd. Prostuję ramiona i uśmiecham się szyderczo: tym samym uśmiechem, po który sięgam, gdy chcę kogoś do siebie zniechęcić.
— Dzięki za radę.
— Jeśli chciałbyś kiedyś, żeby prawdziwy facet pokazał ci, jak się jeździ, mogę ci udzielić paru lekcji.
Jego kumple zaczynają się śmiać i gwizdać, a we mnie wszystko się gotuje.
Śmieją się ze mnie. Zawsze to robią.
— Gdybyś był prawdziwym facetem, przytrzymałbyś mi drzwi, a nie blokował przejście — mówię, będąc pod wrażeniem własnej riposty, mimo że kolana mam jak z waty.
Harry odsuwa się, otwiera drzwi i kłania się, jakby był kamerdynerem. Robi sobie ze mnie jaja: on to wie i ja to wiem. Wszyscy to wiedzą. Widzę, że Sierra dalej grzebie bez sensu w torebce.
Co za kretynka.
— Zajmij się własnym życiem — mówię mu.
— Tak jak ty? Cabróna, pozwól, że coś ci powiem — odpowiada ostro Harry. — Twoje życie nie jest prawdziwe. Jest sztuczne. Tak jak cały ty. Łapię Sierrę za rękę i ciągnę do otwartych drzwi. Wchodzimy do środka wśród śmiechów i pogwizdywań.
W końcu wypuszczam z płuc powietrze, które musiałem dotąd cały czas wstrzymywać, a potem odwracam się do Sierry.
Przyjaciółka gapi się na mnie przerażonym wzrokiem.
— Cholera jasna, Lou! Chcesz umrzeć, czy jak?
— Co daje Harremy Stylesowi prawo terroryzowania każdego, kto mu stanie na drodze?
— Może pistolet, który ma za paskiem albo barwy gangu, które na sobie nosi? — stwierdza Sierra sarkastycznie.
— Nie jest na tyle głupi, żeby przychodzić do szkoły ze spluwą — zauważam rozsądnie. — A ja nie dam się zastraszyć ani jemu, ani nikomu innemu. — Przynajmniej w szkole. Szkoła to jedyne miejsce, w którym mogę zgrywać „ideał”. Wszyscy się na to biorą. Nagle dociera do mnie, że to nasz ostatni rok w Fairfield i potrząsam Sierrą za ramiona.
— Jesteśmy w ostatniej klasie — mówię z entuzjazmem.
— No i?
— No i od teraz wszystko będzie i-d-e-a-l-n-e.
Dzwoni dzwonek, a właściwie nie dzwonek, bo w zeszłym roku uczniowie ustalili, żeby zamiast dzwonka na przerwę leciała muzyka. Teraz właśnie leci Summer Calvina Harrisa. Sierra rusza korytarzem.
— Dopilnuję, żebyś miał i-d-e-a-l-n-y pogrzeb. Mnóstwo kwiatów i w ogóle.
— Kto umarł? — pyta ktoś za moimi plecami.
Odwracam się. To Colin. Blond włosy ma dodatkowo rozjaśnione od słońca i uśmiech tak szeroki, że zajmuje mu prawie całą twarz. Żałuję, że nie mam lusterka, żeby sprawdzić, czy moja twarz wygląda przynajmniej w połowie tak dobrze jak jego. Ale nawet jeśli nie, to przecież Colin nie rzuciłby mnie z takiego powodu, prawda?
Podbiegam i przytulam się do niego mocno.
Przyciska mnie do siebie, całuje lekko w usta i odsuwa.
— Kto umarł? — powtarza.
— Nikt — odpowiadam. — Zapomnij o tym. Zapomnij o wszystkim poza mną.
— To nic trudnego, gdy wyglądasz tak cholernie seksownie. — Colin znów mnie całuje. —Przepraszam, że nie zadzwoniłem, ale było straszne zamieszanie z rozpakowywaniem i w ogóle.
Uśmiecham się do niego szczęśliwy, że spędzone osobno wakacje nic między nami nie zmieniły. Układ słoneczny jest bezpieczny, przynajmniej na razie.
Colin obejmuje mnie ramieniem i w tym samym momencie otwierają się drzwi wejściowe.
Do środka wpada Harry z kumplami, jakby mieli zamiar uprowadzić całą szkołę.
— Po co oni w ogóle chodzą do budy? — mruczy Colin tak cicho, że tylko ja to słyszę. — Połowa z nich pewnie i tak odpadnie przed końcem roku.
Mój wzrok napotyka na krótką chwilę wzrok Harrego i przechodzi mnie dreszcz.
— Dziś rano omal nie wjechałem w motor Harrego Stylesa — mówię Colinowi, gdy Harry nie może nas już usłyszeć.
— Trzeba było to zrobić.
— Colin!
— Przynajmniej mielibyśmy emocjonujący początek roku. Ta buda jest beznadziejnie nudna.
Nudna? Omal nie spowodowałem wypadku, jakaś szmata z południowej części miasta pokazała mi środkowy palec, a niebezpieczny gangster próbował mnie zastraszyć przed wejściem
do szkoły. Jeśli to miała być zapowiedź dalszej części roku, to zdecydowanie nie będzie nudno.
4. Harry
Wiedziałem, że w którymś momencie w ciągu roku szkolnego trafię na dywanik do nowego dyrektora, ale nie spodziewałem się, że stanie się to zaraz pierwszego dnia szkoły. Podobno doktor Aguirre został zatrudniony, bo pokazał twardą rękę w jakimś liceum w Milwaukee. Ktoś musiał mu wskazać mnie jako prowodyra, bo to mój tyłek znalazł się w jego gabinecie, a nie kogoś innego z Latynoskiej Krwi.
A więc wyciągnęli mnie z wuefu, żeby Aguirre mógł się napuszyć i zacząć marudzić o zaostrzonym rygorze w szkole. Czuję, że stara się mnie wybadać i zastanawia się, jak zareaguję na jego ostrzeżenia:
— ...w tym roku zatrudniłem też dwóch uzbrojonych ochroniarzy, Haroldzie.
Wbij a we mnie wzrok, wyraźnie chcąc mnie przestraszyć. Jasne. Z miejsca widać, że choć Aguirre też jest Latynosem, nie ma pojęcia, jak wygląda życie na ulicach. Zaraz mi pewnie zacznie opowiadać, że tak jak ja dorastał w biedzie. Pewnie nigdy nawet nie zapuścił się samochodem w moją część miasta. Może powinienem urządzić mu wycieczkę krajoznawczą?
Staje naprzeciwko mnie.
— Zobowiązałem się osobiście przed komisarzem i radą szkoły, że skończę z przemocą, z którą od lat bezskutecznie się tu walczy. Nie zawaham się zawiesić nikogo, kto będzie ignorować
regulamin szkolny.
Niczego nie ignorowałem, zabawiłem się tylko z panem idealnym, a facet już mówi o zawieszeniu. Może słyszał, że w zeszłym roku też zostałem zawieszony. Przez zwykłą bzdurę wylali mnie na trzy dni. To nie była moja wina... tak do końca. Paco wyskoczył z jakąś absurdalną teorią, że fiuty białasów inaczej reagują na zimną wodę niż Latynosów. Kłóciłem się z nim na ten temat w kotłowni, gdzie zakręcił dopływ ciepłej wody i wtedy nas złapali. Nie miałem z tym nic wspólnego, ale i tak zostałem uznany za winnego. Paco usiłował
powiedzieć prawdę, ale poprzedni dyro nie chciał go w ogóle słuchać. Może gdybym się bardziej postarał, to by posłuchał. Ale jaki jest sens walczyć o przegraną sprawę?
Jasne, że trafiłem tu dziś dzięki Louisowi Tomlinsonowi. Myślicie, że ten palant, z którym chodzi, kiedykolwiek zostanie wezwany na dywanik do Aguirre? Akurat. Chłoptaś jest mistrzem futbolu.
Może wagarować i wszczynać bójki, a Aguirre i tak pewnie będzie go całować po tyłku. Colin Adams wiecznie mnie popycha, wiedząc, że nic mu za to nie grozi. Zawsze, gdy chcę się mu
odpłacić, jakoś udaje mu się wymknąć albo znaleźć w pobliżu nauczycieli... nauczycieli, którzy tylko czekają, żebym coś spaprał.
Ale któregoś dnia...
Podnoszę wzrok na Aguirre.
— Nie wszczynam żadnych bójek. — Ale jedną z przyjemnością bym dokończył, myślę.
— To dobrze — stwierdza Aguirre. — Ale słyszałem, że byłeś dziś na parkingu agresywny
w stosunku do jednego z uczniów.
To, że omal nie zostałem rozjechany nowiutką beemką Louisa Tomlinsona to moja wina? Przez ostatnie trzy lata udawało mi się jakoś schodzić z drogi temu bogatemu kutasowi.
Słyszałem, że w zeszłym roku dostał jakąś trójkę, ale telefonik od rodziców wszystko załatwił.
Bo miałby przez to mniejsze szanse na dobry college.
Pieprzyć to.
Gdybym to ja dostał tróję, mi’ama zdzieliłaby mnie w łeb i kazała dwa razy bardziej się starać. Wypruwam sobie żyły, żeby dostać dobre stopnie, choć na koniec i tak najczęściej nauczyciele dopytują się, skąd miałem odpowiedzi. Jakbym kiedykolwiek ściągał. Nie chodzi mi o to, żeby dostać się do college’u. Chodzi o to, żeby udowodnić, że mógłbym się dostać... gdyby moje życie wyglądało inaczej.
Dzieciaki z południowej części miasta uważa się zwykle za głupsze od tych z północy, ale to brednie. Jedyne, co nas różni, to że nie jesteśmy tacy bogaci, nie jesteśmy takimi materialistami i nie mamy obsesji, żeby dostać się na najdroższe i najbardziej prestiżowe uczelnie. Zwykle koncentrujemy się głównie na przetrwaniu i zawsze musimy mieć oczy dookoła głowy.
Prawdopodobnie najtrudniejsza w życiu Louisa Tomlinsona jest decyzja, do jakiej restauracji iść co wieczór na kolację. Ten chłoptaś za pomocą swojego boskiego ciała manipuluje każdą, z którą tylko zacznie rozmawiać.
Tylko, że on woli kutasy.
— Zechcesz mi powiedzieć, co się wydarzyło na parkingu Chciałbym poznać twoją wersję zdarzeń — mówi Aguirre.
Nie ma mowy. Już dawno temu przekonałem się, że moja wersja zdarzeń nie ma żadnego znaczenia.
— Dziś rano... po prostu się nie zrozumieliśmy — wyjaśniam. Louis Tomlinson nie zrozumiała, że na jednym miejscu parkingowym nie zmieszczą się dwa pojazdy.
Aguirre stoi i opiera się rękoma o lśniące, nieskazitelnie czyste biurko.
— Postarajmy się, żeby takie nieporozumienia nie weszły nam w krew, dobrze?
— Harry.
— Słucham?
— Wolę, żeby nazywać mnie Harry. — Aguirre całą wiedzę o mnie czerpie ze szkolnych akt, pewnie tak tendencyjnych, że grubych na dziesięć centymetrów.
Aguirre kiwa głową.
— Dobrze, Harry. Idź na szóstą lekcję. Ale mam na wszystko oko i będę cię uważnie obserwować. Nie chcę cię już więcej u siebie widzieć. — Wstaję, a on kładzie mi rękę na ramieniu. — Tak dla twojej wiadomości: zależy mi na każdym uczniu w tej szkole. Na każdym, Harry. Na tobie też, więc jeśli byłeś do mnie w jakiś sposób uprzedzony, zapomnij o tym. Me entiendes? — Rozumiesz?
— Si. Entiendo — mówię, zastanawiając się, na ile mogę mu wierzyć. Na korytarzu rzeka uczniów przemieszcza się szybko do swoich klas. Nie mam pojęcia, jaką mam następną lekcję,
poza tym ciągle jestem w stroju do wuefu.
W szatni, gdy już się przebrałem, rozlega się z głośników piosenka wzywająca na szóstą lekcję. Wyciągam z tylnej kieszeni plan. Chemia z panią Peterson. Cudownie, kolejna cholera, z którą trzeba sobie będzie jakoś poradzić.
5. Louis
Włączam komórkę i dzwonię przed chemią do domu, żeby sprawdzić, co tam u mojej siostrzyczki. Baghda jest niezadowolona, bo Shelley nie smakował lunch i odstawiła w związku z tym szopkę. Wygląda na to, że w ramach protestu zrzuciła na podłogę miskę z jogurtem.
Czy naprawdę oczekiwałem zbyt wiele, licząc, że mama opuści po prostu jeden dzień w klubie sportowym i zostanie w domu, żeby wprowadzić Baghdę? Wakacje się skończyły i nie mogę
już zastępować opiekunek w momencie, w którym zwykle odchodzą.
Powinienem się skupić na szkole. Zależy mi, żeby dostać się na dawną uczelnię taty, Northwestern, bo chcę studiować blisko domu i opiekować się siostrą. Podpowiadam Baghdzie, jak sobie radzić, biorę głęboki wdech, przyklejam do twarzy uśmiech i wchodzę do klasy.
— Hej, kotku. Zająłem ci miejsce. — Colin wskazuje mi stołek obok siebie.
Sala składa się z rzędów wysokich, dwuosobowych stanowisk laboratoryjnych. Cały rok będę siedzieć z Colinem i razem zrobimy ten okropny projekt, który mamy na zaliczenie. Jest mi głupio, że myślałem, że między nami coś się popsuło, więc zajmuję tylko miejsce i wyciągam ciężki podręcznik.
— Patrzcie! Styles ma z nami chemię! — woła jakiś chłopak z tyłu klasy. — Tutaj, Harry!
Ven pa’ca — chodź tutaj.
Staram się nie gapić na Harrego, który wita się z kumplami poklepywaniem po plecach i uściskami dłoni zbyt skomplikowanymi, żeby dało się je powtórzyć. Wszyscy mówią do siebie „ese”, cokolwiek to znaczy. Cała klasa patrzy na Harrego.
— Podobno w zeszły weekend go aresztowali za posiadanie amfy — szepcze Colin.
— Niemożliwe.
Kiwa głową i unosi brwi.
— Możliwe.
No cóż, taka informacja nie powinna mnie zaskoczyć. Podobno przez większość weekendów Harry ćpa, pije albo robi coś niezgodnego z prawem.
Pani Peterson zatrzaskuje za sobą drzwi i wszystkie spojrzenia wędrują z tyłu sali, gdzie siedzi Harry z kumplami, na przód, gdzie stoi pani Peterson. Ma jasnobrązowe włosy ściągnięte w ciasny kucyk. Nie ma pewnie jeszcze trzydziestu lat, ale okulary i wiecznie poważna mina bardzo ją postarzają. Podobno zrobiła się ostra, bo gdy zaczynała pracę w szkole, uczniowie doprowadzali ją do płaczu. Nie szanowali nauczycielki, która mogłaby być ich starszą siostrą.
— Dzień dobry. Witam na chemii dla maturzystów. — Przysiada na brzegu biurka i otwiera dziennik. — Cieszę się, że wybraliście sobie miejsca, ale pozwoliłam sobie sama was porozsadzać..
Jęczę razem z całą klasą, ale na pani Peterson nie robi to żadnego wrażenia. Staje przed pierwszym stanowiskiem i czyta:
— Colin Adams, siadaj w pierwszej ławce. Będziesz pracować z Darlene Boehm.
Ona jest kapitanem drużyny cheerleaderek. Darlene rzuca mi przepraszające spojrzenie i siada obok mojego chłopaka.
Pani Peterson kontynuuje odczytywanie listy, a uczniowie niechętnie przesiadają się na wyznaczone miejsca.
— Louis Tomlinson — mówi pani Peterson i wskazuje na stół za Colinem. Bez entuzjazmu zajmuję wyznaczone miejsce.
— Harold Styles — czyta pani Peterson i wskazuje siedzenie obok mnie.
O Boże. Harry... moim partnerem na chemii? Przez całą czwartą klasę! O nie, tylko nie to.
Rzucam Colinowi nieme błaganie o ratunek i staram się zapanować nad atakiem paniki.
Zdecydowanie powinienem był zostać w domu. W łóżku. Pod kołdrą. Czy ja mówiłem coś o tym, że nie dam się zastraszyć? Bzdura.
— Jestem Harry.
Pani Peterson odrywa wzrok od dziennika i przygląda się Harremu znad okularów.
— Harry Styles — mówi i zmienia jego imię na liście. — Panie Styles, proszę zdjąć bandanę. Na moich zajęciach obowiązuje polityka zerowej tolerancji. Na tej sali nie mają prawa znaleźć się żadne elementy wskazujące na przynależność do gangu. Przykro mi, Harry, ale twoja sława cię wyprzedza. Doktor Aguirre w pełni popiera moje stanowisko... czy wyrażam się jasno?
Harry mierzy ją wzrokiem i dopiero wtedy zdejmuje z głowy chustę, odsłaniając kręcone, ciemne włosy, które pasują do koloru jego oczu.
— Zakrywa sobie wszy — mruczy Colin do Darlene, ale słyszę go i ja, i Harry.
— Vete a la verga (pierdol się) — rzuca Harry z wściekłością w oczach. —Callate el hocico (stul pysk).
— Co tam sobie chcesz, stary — stwierdza Colin i odwraca się na krześle. — Nie umiesz nawet mówić po angielsku.
— Dosyć, Colin. Harry, siadaj. — Pani Peterson wpatruje się w resztę klasy. — To się tyczy was wszystkich. Nie jestem w stanie kontrolować tego, co robicie za drzwiami tej klasy, ale na
moich zajęciach ja jestem szefem. — Zwraca się znów do Harrego. — Czy wyrażam się jasno?
— Si, senora — mówi Harry, celowo przeciągając słowa.
Pani Peterson kontynuuje czytanie listy, ja natomiast staram się, jak mogę, unikać wzroku siedzącego obok chłopaka. Wielka szkoda, że zostawiłem torbę w szafce, bo mógłbym udawać, że czegoś szukam, tak jak Sierra dziś rano.
— Ale kanał — mruczy Harry pod nosem. Ma ponury, chrapliwy głos. Czy on celowo tak mówi?
Jak ja wyjaśnię matce, że siedzę na chemii z Harrym Stylesem? O Boże, mam nadzieję, że nie zwali wszystkiego na mnie.
Zerkam na mojego chłopaka, pogrążonego w rozmowie z Darlene. Jestem strasznie zazdrosny.
Fajnie by było, gdyby Bóg dał każdemu dzień „powtórkowy” i można by zawołać: „Powtórz się!” i cały dzień zacząłby się od nowa.
Czy pani Peterson naprawdę uważa, że to mądre łączyć w parę idealnego ucznia i najniebezpieczniejszego chłopaka w szkole? Ta kobieta ma chyba paranoję.
Pani Paranoja kończy wreszcie rozsadzanie uczniów.
— Wiem, że jako czwartoklasiści uważacie, że pozjadaliście wszystkie rozumy. Ale niech wam się nie wydaje, że udało się wam coś osiągnąć, o ile nie pomogliście znaleźć lekarstwa na
choroby nękające ludzkość lub nie sprawiliście, że na świecie zrobiło się bezpieczniej. Chemia to dziedzina, dzięki której powstają lekarstwa, radioterapia dla chorych na raka, paliwo, ozon...
Harry podnosi rękę.
— Harry — powiedziała nauczycielka. — Chcesz o coś spytać?
— Tak. Pani Peterson, czy chce pani przez to powiedzieć, że prezydent Stanów Zjednoczonych nic nie osiągnął?
— Chcę tylko powiedzieć, że... pieniądze i pozycja to jeszcze nie wszystko. Ruszcie głową i zróbcie coś dla ludzkości albo dla planety, na której żyjecie. Wtedy naprawdę coś osiągniecie. I
zasłużycie na mój szacunek, którym niewielu ludzi na tym świecie może się poszczycić.
— Ale ja znalazłbym trochę rzeczy, którymi mogę się poszczycić, pani P. — rzuca Harry, najwyraźniej świetnie się bawiąc.
Pani Peterson unosi rękę.
— Oszczędź nam, proszę, szczegółów, Harry.
Kręcę głową. Jeśli Harry sądzi, że zniechęcając do siebie nauczycielkę, pomoże nam zdobyć dobry stopień, to się grubo myli. Pani Peterson wyraźnie nie lubi cwaniaczków i jest już wyczulona
na mojego partnera.
— A teraz — mówi Pani Paranoja — spójrzcie na osobę, obok której siedzicie.
Tylko nie to. Ale nie mam wyboru. Zerkam znów na Colina, który wydaje się dość zadowolony z partnerki, która przypadła mu w udziale. Dobrze, że Darlene ma już chłopaka, bo w przeciwnym razie poważnie bym się zastanawiał, czemu przysuwa się tak blisko Colina i tak często zakłada włosy za ucho. Powtarzam sobie, że wpadam w obłęd.
— Nie musicie lubić waszego partnera — ciągnie pani Peterson. — Ale spędzicie razem najbliższe dziesięć miesięcy. Macie pięć minut, żeby się czegoś o sobie dowiedzieć, a potem będziecie musieli przedstawić swojego partnera reszcie klasy. Możecie opowiedzieć o wakacjach, o swoich zainteresowaniach, o jakiejkolwiek ciekawej czy wyjątkowej rzeczy, której wasz partner o
was nie wie. Pięć minut. Zaczynamy.
Wyciągam notatnik, otwieram na pierwszej stronie i podsuwam Harremu.
— Może napiszesz mi o sobie w moim zeszycie, a ja napiszę ci o sobie w twoim. — Zawsze to lepiej, niż usiłować z nim rozmawiać.
Harry kiwa głową na zgodę, choć mam wrażenie, że gdy wręcza mi swój zeszyt, drgają mu kąciki ust. Wyobraziłem to sobie, czy naprawdę mu drgnęły? Biorę głęboki wdech, staram się o tym
nie myśleć i piszę skrupulatnie do chwili, aż pani Peterson mówi, że czas się skończył i że teraz posłuchamy, co mamy o sobie wzajemnie do powiedzenia.
— To jest Darlene Boehm — zaczyna Colin.
Ale nie słyszę reszty jego opowieści o Darlene, jej wyjeździe do Włoch i pobycie na obozie tanecznym. Zamiast tego zerkam na zeszyt, który oddał mi Harry, i wpatruję się z rozdziawioną buzią w zapisaną stronę.
6. Harry
No dobra, może nie powinienem go wkurzać podczas całej tej prezentacji. Nie zachowałem się pewnie najmądrzej, pisząc mu w zeszycie: „Sobota wieczór. Ty i ja. Nauka jazdy i ostry seks...”
Ale naprawdę mnie korciło, żeby zobaczyć, jak Mały Pan Perfecta jąka się podczas prezentacji. A jąka się jak cholera.
— Panie Tomlinson?
Obserwuję z rozbawieniem, jak ten chodzący ideał podnosi głowę i patrzy na Peterson. Ach, niezły jest. Mój kolega z ławki wie, jak ukrywać prawdziwe uczucia — widzę, bo sam robię to cały czas.
— Tak? — pyta Louis, przechyla głowę i uśmiecha jak jakiś bóg.
Zastanawiam się, ile rzeczy wygrał tym uśmiechem.
— Twoja kolej. Powiedz nam coś o Harrym.
Opieram się łokciem o stół i czekam na prezentację: bo albo musi ją wymyślić, albo przyznać się, że kompletnie nic o mnie nie wie. Patrzy na moją zadowoloną minę i widzę po jego przerażonych oczach, że zbiłem go z tropu.
— To jest Harold Styles — zaczyna, a głos mu drży prawie niezauważalnie. Wkurza mnie, że używa mojego prawdziwego imienia, ale nie daję tego po sobie poznać, on natomiast
przedstawia wymyśloną na poczekaniu historię. — Podczas wakacji, kiedy akurat nie włóczył się po ulicach, zaczepiając niewinnych ludzi, zwiedzał miejskie areszty, jeśli wiecie, co mam na myśli. Ma też sekretne pragnienie, którego nikt by się nigdy nie domyślił.
W klasie zapada nagle cisza. Nawet Peterson prostuje się i słucha uważniej. Cholera, nawet ja słucham tak, jakby słowa wychodzące z kłamliwych, różowych usteczek Louisa były co najmniej święte.
Cicho Harry. Nie jesteś gejem.
— Potajemnie marzy o tym — ciągnie Louis — żeby iść do college’u i zostać nauczycielem chemii, tak jak pani, pani Peterson.
No jasne. Zerkam na moją kumpelkę, Isę, którą najwyraźniej bawi, że biały chłopak nie boi się znieważyć mnie przy całej klasie.
Louis uśmiecha się do mnie triumfalnie, przekonany, że wygrał. Przeliczysz się, gringa.
Prostuję się na krześle w kompletnej ciszy.
— To jest Louis Tomlinson — mówię, czując na sobie spojrzenie całej klasy. — Podczas wakacji wybrał się do galerii handlowej, kupił sobie trochę nowych fatałaszków, bo chciał
odświeżyć garderobę i wydał pieniądze tatusia na operację plastyczną, bo chciał powiększyć ekhem... pewne miejsca.
Być może nie napisał dokładnie tego, ale na pewno nie minąłem się zbytnio z prawdą. W przeciwieństwie do niego.
Z tyłu klasy, gdzie siedzą mis cuates — moi kumple — dobiegają śmieszki, a Louis siedzi obok sztywny, jakby połknął kij, jakby moje słowa uraziły jego wrażliwe ego do żywego. Louis Tomlinson, przyda mu się mały, zimny prysznic. Właściwie to
wyświadczam mu przysługę. Ale nie wie, że to jeszcze nie koniec.
— Jej sekretne pragnienie — dodaję, wywołując tę samą reakcję co on przed chwilą — to przed zakończeniem roku szkolnego umówić się z Mexicano.
Zgodnie z przewidywaniami moje słowa wywołują docinki i gwizdy z tyłu sali.
— Super, Styles — woła mój kumpel Lucky.
— Ja się z tobą umówię, mamacita — stwierdza ktoś inny.
Przybijając piątkę z Marcusem, jeszcze innym kumplem z Latynoskiej Krwi, który siedzi za mną, widzę, że Isa kręci głową, jakbym zrobił coś złego. No co? Trochę się zabawiłem kosztem
bogatego lalusia z północnej części miasta.
Louis odwraca głowę i patrzy na Colina. Też na niego zerkam i przekazuję mu wzrokiem: „Odbijam piłeczkę”. Colin robi się na twarzy czerwony jak papryczka chilli. Wyraźnie wkroczyłem
na jego teren. Super.
— Cisza — nakazuje surowo Peterson. — Dziękuję wam za te niezwykle kreatywne i... pouczające prezentacje. Panie Tomlinson i panie Styles, po lekcji proszę do mnie.
— Wasze prezentacje były nie tylko ohydne, ale wyrażały też brak szacunku do mnie i do kolegów z klasy — mówi Peterson, gdy po lekcji meldujemy się z Louisem przy jej biurku. — Macie wybór. — Nauczycielka trzyma w jednej ręce dwa niebieskie świstki, oznaczające, że musimy kiblować dodatkowe godziny w szkole, a w drugiej dwie czyste kartki. — Możecie albo zostać za karę w szkole, albo napisać mi na jutro wypracowanie na jedną stronę na temat szacunku.
Jaki wybór?
Sięgam po zawiadomienie o areszcie szkolnym. Louis wyciąga rękę po czystą kartkę.
Doprawdy symboliczne.
— Czy któremuś z was nie odpowiada mój podział klasy na pary? — pyta Peterson.
Louis mówi „tak” dokładnie w tej samej chwili, w której ja mówię „nie”.
Peterson odkłada okulary na biurko.
— Lepiej się dogadajcie przed końcem roku. Louis, nie zmienię ci pary. Jesteście w ostatniej klasie i po szkole będziecie mieli do czynienia z najróżniejszymi ludźmi. Jeśli nie macie ochoty na wakacyjny kurs poprawkowy, radzę, żebyście pracowali wspólnie, a nie przeciwko sobie.
A teraz proszę iść na następną lekcję.
Po tych słowach wychodzę za moim partnerem z pracowni chemicznej i idę za nim korytarzem.
— Przestań za mną łazić — warczy Louis i ogląda się przez ramię, żeby sprawdzić, czy dużo ludzi widzi nas razem.
Jakbym był samym el diablo.
— Włóż w sobotę coś z długimi rękawami — mówię mu w pełni świadomy, że znajduje się na skraju załamania nerwowego. Zwykle nie usiłuję zachodzić za skórę białym dzieciakom, ale ten
tak fajnie się denerwuje. Ten, najpopularniejszy, któremu wszyscy najbardziej zazdroszczą, naprawdę się przejmuje. — Z tyłu na motorze jest dość zimno.
— Słuchaj, Harry — mówi, odwracając się do mnie szybko i przeczesując rozjaśnione od słońca włosy. Patrzy na mnie oczami zimnymi jak lód. — Nie umawiam się na randki z gangsterami i nie biorę narkotyków.
— Ja też nie umawiam się z gangsterami — stwierdzam i podchodzę do niego. — I nie ćpam.
— Jasne. Dziwię się, że nie wylądowałeś jeszcze na odwyku albo nie trafiłeś do poprawczaka.
— Wydaje ci się, że tak dobrze mnie znasz?
— Wystarczająco dobrze. — Krzyżuje ręce na piersiach, ale zaraz potem patrzy w dół.
Robię jeszcze jeden krok naprzód i bardzo się staram nie patrzeć w jego oczy.
— Doniosłeś na mnie Aguirre?
Cofa się o krok.
— A nawet jeśli?
— Ty się mnie boisz. — To nie jest pytanie. Chcę tylko usłyszeć z jego własnych ust, dlaczego to zrobił.
— Większość ludzi w tej szkole boi się, że jeśli krzywo na ciebie spojrzy, skończy z kulką między żebrami.
— W takim razie mój pistolet powinien już dymić, nie sądzisz? Czemu nie uciekasz przed złym Mexicano, co?
— Daj mi szansę, a to zrobię.
Nie chce mi się dłużej cackać z tym małym kutasem. Czas go trochę zdenerwować, żeby ostatnie słowo na pewno należało do mnie. Pokonuję ostatni dzielący nas krok i szepczę mu do ucha: — Spójrz prawdzie w oczy. Twoje życie jest zbyt idealne. Pewnie nie możesz w nocy spać, bo marzy ci się odrobina pikanterii w tym twoim życiu bieluśkim jak lilijka. — Cholera, jego perfumy. Taki ciasteczkowy zapach, a ponieważ uwielbiam ciastka, nie jest dobrze. — Igranie z ogniem wcale nie musi oznaczać, że się sparzysz.
— Dotknij go tylko, a pożałujesz, Styles — słyszę głos Colina. Z tymi swoimi dużymi białymi zębami i uszami odstającymi z obciętej na zapałkę głowy przypomina osła. — Odwal się od niego.
— Colin — odzywa się Louis. — Poradzę sobie.
Ośli Łeb sprowadził posiłki: trzech bladzioszków stoi za nim w ramach wsparcia. Mierzę wzrokiem Oślego Łba i jego kumpli, żeby sprawdzić, czy dam radę wszystkim naraz i stwierdzam, że bez problemu.
— Jak już będziesz wystarczająco silny, żeby grać w prawdziwej lidze, piłkarzyku, to może zechcę posłuchać gówna, które wychodzi ci z ust — rzucam.
Wokół nas zbierają się inni uczniowie, ale zostawiają na środku wolne miejsce na zaciekłą i krwawą bijatykę. Tyle że nie wiedzą, że Ośli Łeb to tchórz. Tym razem ma wsparcie, więc może nie ucieknie. Zawsze jestem gotowy do walki, biłem się więcej razy, niż mam palców u rąk i nóg razem wziętych. Na dowód mogę pokazać blizny.
— Colin, on nie jest tego wart — mówi Louis.
Dzięki, bebé. Zaraz do ciebie wrócimy.
— Grozisz mi, Styles? — warczy Colin, ignorując swojego chłopaka.
— Nie, dupku — mówię i zmuszam go do odwrócenia wzroku. — Tylko takie małe fiutki jak ty uciekają się do gróźb.
Louis staje przed Colinem i kładzie mu rękę na ramieniu.
— Nie słuchaj go — prosi.
— Nie boję się ciebie. Mój tata jest prawnikiem — chwali się Colin, po czym obejmuje Louisa. — On jest mój i lepiej o tym pamiętaj.
— W takim razie lepiej trzymaj go na smyczy — radzę. — Bo w przeciwnym razie może zechce poszukać sobie nowego właściciela.
Mój kumpel, Paco, staje obok mnie.
— Andas bien, Harry? W porządku?
— Tak, Paco — odpowiadam i widzę dwóch nauczycieli, idących pod obstawą faceta w mundurze policyjnym. Tego właśnie chce Adams. Wymyślił sobie, że wylecę ze szkoły. Ale nie dam się podpuścić i nie wyląduję na czarnej liście Aguirre. — Si, wszystko bien. — Odwracam się do Louisa. — Do zobaczenia, bebé, już się nie mogę doczekać, kiedy zajmiemy się naszą chemią.
Louis unosi ten swój zadarty nos, jakbym był największym draniem na świecie, a ja zaraz potem się zmywam, żeby prócz dzisiejszej kary dodatkowo mnie nie zawiesili.
_________________________________________________
kiedy będzie +10 waszych opinii, dodam następny rozdział :)
U GÓRY JEST ZAKŁADKA "POWIADOMIENIA"
DODAJCIE TAM SWOJE TT JEŚLI CHCECIE BYĆ INFORMOWANE O ROZDZIAŁACH :)
Wybaczcie błędy w formach osobowych.
Rozdział świetny ;)
OdpowiedzUsuńMam tylko pytanie, dlaczego pisalas Alex?
I czasami piszac w 1 os
Pisalas w osobie zenskiej a nie meskiej ;)
Niektóre fragmenty czysto biorę z książki, którą przerabiam na to ff. Poprawię błedny :)
UsuńZ jakiej ksiazki?;)
Usuń"Perfekcyjna chemia"
UsuńZ ciekawosci zobaczylam co to za ksiazka. Opis.dosyc cirkawy wiec wczoraj ok 21 ja scianelam sobie na telefon. Ok 22 zaczelam czytac. O 1:15 przeczytalam ostatnie slowa
UsuńHdgdggsgahajakslflkdha jezuniu! Ta ksiazka jest najlepsza. W pewnych momentach mialam wrazenie ze czytam jakies ff ;)
Ciesze sie, ze dowiedzialam sie o niej. Dziekuje xx
Woow, zajebiste :D
OdpowiedzUsuńNo ale jest tu jeden minus- kiedy Lou mówi o soboe, to mówi tak, jakby był dziewczyną,
A jak mówi Harry o Louisie to jest tak samo
Ale ogólnie to to było za-je-bi-ste
~@OluniaXDD
Omg następny proszę
OdpowiedzUsuńSuper !
OdpowiedzUsuńto jest świetne :) Opowiadanie jest cholernie ciekawe (chociaż to dopiero 2 rozdziały) i myślę że zostanę tutaj na dłużej.
OdpowiedzUsuńSzkoda tylko, że oboje uważają się za takich, jakimi naprawdę nie są.
Mam jedną uwagę: czasami piszesz o Lou jako o kobiecie, ale reszta jest świetna :p
Mogłabyś mnie informować o nowych rozdziałach na tt?
@Olciak2804
omg kurcze kocham ten rozdzial to ff omg omg i nawet nie zwracam uwagi na błędy, co to tam, kazdemu sie zdarza hehehe no a ja tak btw to czekam na nn bo kochm i wgl Omfg tyle powiem hihi
OdpowiedzUsuńbardzo fajne. Zostawie ci swoje tt zebys mnie powiadamiala ;D
OdpowiedzUsuńcudowny rozdział :D ogólnie to bardzo ciekawa fabuła :)
OdpowiedzUsuń@loufucksh4rry
jeej zajebisty rozdzial. wgl cale opowiadanie ♥
OdpowiedzUsuńjeju cudowne jidajsdjsaj *.* mogłabyś mnie informować o rozdziałach na tt? @domkkaa
OdpowiedzUsuńto jest takie fguivhr
OdpowiedzUsuń